piątek, 14 sierpnia 2026

The Social Network shutdown. Dlaczego po 30-tce tracimy zainteresowanie innymi ludźmi?

Jedną z wielu dyskusyjnych atrakcji lat 30-tych (a trochę ich już na tym blogu omówiłem), jest znane każdemu z nas stopniowe zwijanie się życia towarzyskiego. Nie dzieje się to oczywiście z dnia na dzień i raczej nie dziwi nikogo mającego 3 z przodu.

W dzisiejszym odcinku bardziej niż faktowi przyjrzę się procesowi przejścia od etapu, gdy interesuje i cieszy nas poznawanie nowych ludzi, do momentu kiedy ma się ochotę wyzerować te czynności i ograniczyć ludzi spoza najbliższego grona do minimum. Dlaczego tak się dzieje i czym konkretnie jest spowodowane? 

Plakat nadchodzącego filmu pasuje do tematu aż nadto
The Social Reckoning, w kinach jesienią 2026


Jak to kiedyś było

Wróćmy do raczej odległego już okresu, gdy młody dorosły człowiek jest na studiach. Nie wgłębiając się w ich tematykę oraz intensywność, to generalnie mnóstwo czasu a przede wszystkim okazji do tworzenia, rozwijania i ogółem przetwarzania nowych znajomości. 

Próbowanie różnych uniwersów osób i ekip oraz związane z tym sukcesy, ale też niewypały, ślepe uliczki, porażki i lekcje nauczone. Ludzie napotkani w ramach uczelni i poza nią. Organizacje studenckie, wyjazdy semestralne, jednorazowe inicjatywy, prace dorywcze. Lista wydaje się nie mieć końca, a wówczas nikt nie podejrzewa jeszcze radykalnej zmiany tego stanu. 

Oni jeszcze nie wiedzą, szczęściarze


10 semestrów później

Ale potem bang, 5 lat zlatuje, kończysz studia i idziesz do jakiejś roboty na 40h w tygodniu. Przybywa obowiązków, ubywa energii. Wystarczy że popracujesz parę miesięcy, a szybko zauważysz, że tego ogromu czasu już nie ma i nie zapowiada się na jego powrót. Od strony społecznej, zostaje go tylko na podtrzymywanie istniejących znajomości - i to też nie wszystkich. Wszyscy nowi ludzie, bądź dalsi znajomi stają się w nowej rzeczywistości mało ważni. Stają się elementem zabierającym ci czas, który masz dla siebie. Świadomie lub podświadomie, kończy się to ochotą ich eliminowania. 

Brzmi brutalnie? Owszem, ale od teraz zajmowanie się czyimś życiem konkuruje o czas i energię o zajmowanie się twoim własnym życiem. Także pozostałe ci plasterki wolnego czasu przeznaczasz dla najbliższych przyjaciół/kumpli, a resztę olewasz. Nie do końca chcesz mieć na tych ludzi wyjebane, ale szorstkie pełnoetatowe realia sprawiają, że musisz. 

Tym zdaniem niektórzy mogliby zakończyć temat, ale nie po to zacząłem rzeźbić kolejny wpis, by zakończyć go na ogólnikach. Przejdźmy się zatem po 4 najczęstszych formach, które przybiera tytułowy social network shutdown.



Coroczna defibrylacja znajomości 

O jaką grupę chodzi w tej czynności medyczno-społecznej? Tych wszystkich dalszych znajomych których niegdyś widywaliśmy tak co kwartał, a obecnie raczej co rok. Po wessaniu w realia dorosłego życia widzicie się 1-2 razy do roku, głównie po to by zdać sobie nawzajem update z waszych żyć. Jeśli już na wstępie wydaje się to nieco sztuczne - macie rację. 

Bo co to za znajomość, w której nie robi się już razem rzeczy, nie spędza czasu w żaden sposób? Gdy wszystko co was łączyło, oddala się coraz dalej w przeszłość, a wasze życia rozjechały lajfstajlowo dawno temu. Nawet nie wymieniacie już DM-ów, czy choćby rolek na IG.



To trochę tak jakby relacja była osobą która uległa ciężkiemu wypadkowi, a obecnie jej życie jest podtrzymywane w ramach krążenia pozaustrojowego. Raz do roku nieszczęśnika udaje się wybudzić na 2h przytomności, w ramach corocznego przeglądu instalacji.
Kilka lat takiego funkcjonowania znajomości prowadzi do klarownego wniosku - nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Pora wyciągnąć wtyczkę - równie dobrze mógłbym co rok ustawiać się na ploteczki z doradcą z banku gdzie mam konto.  


Dostarczono, wyświetlono, zignorowano

Ostatnie luźniejsze dni w pracy skłoniły mnie do przescrollowania mojego Messengera o kilka długo ekranów w dół. Poniżej moich najbliższych znajomych z którymi piszę regularnie, znajdowała się zadziwiająco spójna grupa społeczna. Niewidziane od wielu kwartałów twarze, a obok nich ostatnie wiadomości, zwykle o statusie Dostarczono lub Wyświetlono bez odpowiedzi.
Motyw zwykle jest podobny;

  • Kilkukrotne i daremne próby ustalenia pasującego terminu na spotkanie 
  • Nieskuteczne wyjście z inicjatywą by odświeżyć kontakt
  • Ślad kłótni o wzorcu identycznym jak poprzednie, po której nastąpiła głucha cisza



Po chwili przyglądania się tej stercie kurzących się zdań, doszedłem do wniosku że lepszym wyjściem będzie tej ciszy nie przerywać. Bo nawet jeśli ci ludzie przestali występować już w kalendarzu moich spotkań na żywo, to wciąż wiszą w mojej głowie - niczym niezamknięte taski w Jira. A ja łapię się na tym, że kolejny raz pomiędzy zadaniami w pracy zastanawiam się, czy cokolwiek jeszcze będzie z tej relacji. Najczęściej odpowiedź brzmi nie. Bo jak tu prowadzić relację, skoro taka osoba; 

  • średni czas odpisania na wiadomość ma liczony w tygodniach 
  • twierdzi, że najbliższy wolny wieczór ma w Q3 przyszłego roku
  • kolejny raz prowadzi konwersację w sposób tak nieprzyjemny, że masz ochotę użyć opcji Zablokuj 

Kim najczęściej są takowe osobniki? To członkowie nieistniejących już ekip towarzyskich, znajomi z dawnych prac z którymi poza ową pracą niewiele was łączyło. Ostatnie podrygi kontaktów ze skończonych dawno temu studiów, czy wszelkie byłe/niedoszłe formy około-związkowe. Ot szeroki wachlarz ludzi, z którymi drogi już dawno się rozeszły. I jak nietrudno zgadnąć, najrozsądniejszym wyjściem jest uciąć to w cholerę.



W gospodarce niedoboru czasowego zwyczajnie szkoda przepalać zasoby na próby dobijania się do ludzi, którzy od dawna mają bardziej priorytetowe znajomości od nas, lub są na tyle trudni w obyciu, że próby podtrzymania kontaktu przynoszą nam więcej złego niż dobrego. Niepotrzebne mi zatem ich insta-stories, relacje na FB czy treningi na Stravie. Nie ma sensu podglądać życia kogoś, kto z mojego wyparował już lata temu.

Jakkolwiek brzmi to jak chłodna kalkulacja, tak przekonał mnie inny argument. Mniej czasu zużytego na nich, to więcej czasu na ludzi mi bliższych i naprawdę dla mnie ważnych. Jak to śpiewał w 2007 roku lubiany przez millenialsów Linkin Park - sometimes goodbye's the only way.

 


Dział płytkich konwersacji

Kolejna kategoria to ludzie z pracy. Mam okazję pracować w niemal wyłącznie millenialskim biurze i niejeden raz naszła mnie następująca refleksja. Te 2-3 razy w tygodniu przez 8h otaczają mnie ludzie w bardzo podobnym wieku, wychowani w tej samej epoce społeczno-technologicznej, o dość podobnym tle edukacji czy kariery, więc teoretycznie powinniśmy mieć mnóstwo tematów do rozmowy. I tym samym, możliwości do rozbudowania znajomości. Tak się jednak nie dzieje - dlaczego? 

W trakcie spotkań w kuchni przy ekspresie czy wspólnych lunchy, istnieje zapotrzebowanie na tematy lekkie i niekonfliktowe - jak jedzenie czy podróże. Nie opłaca się uruchamiać ryzykownych dyskusji światopoglądowych, czy odpalać krawędziowego humoru - bo koniec końców jesteśmy w pracy. Także w razie rozlania się jakiegoś słownego kwasu, będziemy musieli dalej się widywać - przynajmniej dopóki któreś z nas nie zmieni pracy.

Z kolei te mniej konfliktowe ale dłuższe i skomplikowane tematy słabo nadają się na stosunkowo krótką przerwę w pracy. Wtedy każdy chce nieco odpocząć, bo już za kwadrans czai się call z klientem. 


I tak sobie to leci - tydzień w tydzień patrzymy na siebie nawzajem, grając w smalltalkowego ping-ponga, wymieniając nieangażujące zdania i mieląc w kółko te same żarty. Na 90% nie wyjdziemy poza tę basicową uprzejmość, nie zakumplujemy się - bo żadne z nas nie ma już na to zasobów.

Praca zabierze 8h z dnia, a tu jeszcze zakupy, gotowanie, trening do półmaratonu, walka o podtrzymanie istniejących relacji, odcinek serialu z partnerx i szczypta doomscrollingu na dobranoc. Nawet nie wspominam o tych co mają małe dzieci (u mnie w firmie akurat nie) - ci są tak zawaleni życiem, że nie wiedzą jaki mamy rok, póki nie spojrzą na prawy dolny róg monitora. 

I dlatego ludzie z pracy najczęściej pozostaną ludźmi z pracy. Bierzesz ich za pewnik, bo wg konceptu biura, zobaczysz ich ponownie jutro czy za tydzień. Chyba że znajdą inną robotę, to wtedy dasz smutną emotkę pod newsem o odejściu na komunikatorze. Potem wyślesz team leaderowi 2 dychy BLIKiem na prezent pożegnalny i za miesiąc zapomnisz, że kiedykolwiek istnieli.


 
Spóźniony potencjał

Na sam koniec dorzucę zjawisko które zauważyłem nie dalej jak miesiąc wstecz. Tego lata dwukrotnie stanąłem przed możliwością poznania ludzi w ~moim wieku, którzy są znajomymi znajomych lub jeszcze jeden poziom dalej. I co? Złapałem się na tym, że sam już kalkuluję czy to w ogóle ma jeszcze sens. W obu przypadkach stwierdziłem że nie - zarówno nieznana mi para mieszkająca w innym mieście jak i zestaw czyichś znajomych spotykających się w porywach raz na kwartał, jawi mi się jako znajomość która umrze zanim w ogóle zacznie żyć.

Bo poznawanie się zajmuje czas, którego już nie mamy. Bo praca na pełen etat wyjałowiła nas z tematów do rozmowy innych niż millenialskie sporty i podróże. Bo zgranie kalendarzy celem znalezienia następnego wolnego terminu dla wszystkich zgromadzonych brzmi jak seria filmów akcji z Tomem Cruise'em. Bo wszyscy mamy już określone preferencje, ale często zupełnie różne budżety. Bo jak nie jeden to drugi wpadnie zaraz w czeluść ultra dorosłych zadań jak remonty, budowy czy dzieci. A nie jest fajnym uczuciem zostać wyproszonym ze spektaklu po jednej scenie. Więc nietrudno o ponury wniosek - szkoda w ogóle było wchodzić.




Także ten

Więc to nawet nie tak, że chcemy postępować w taki sposób, ale nie mamy innego wyjścia, bo sprowadza się to do wyboru - jeśli masz wolny czas, to albo oni albo ja - bądź bliższe mi osoby. To przykre i prawdziwe, oraz dowód na to, że serio przydałby się wreszcie 4-dniowy tydzień pracy, żeby mieć czas na jakieś życie - w tym inne znajomości niż najbliższe ocalałe.

Z ludźmi dookoła samemu będąc po 30-tce jest trochę jak z mailami w skrzynce odbiorczej. Na studiach dostajesz ich niewiele i oglądasz z ciekawością każdy otrzymany. Ale gdy parę lat później w robocie dostajesz ich codziennie 15, to tylko przelatujesz wzrokiem treść, byle mieć kolejnego z głowy.

Tak samo jest z ludźmi - pierwszym założeniem już nie jest "może to ktoś fajny", tylko "co to za jeden i czego ode mnie chce". I nieraz najchętniej by się na nich wykonało lubianą na desktopowych klientach poczty czynność - Zaznacz wszystko -> Oznacz jako przeczytane. Tak by mieć choć krótką chwilę na istotne sprawy, pomijając wszystko inne.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

The Social Network shutdown. Dlaczego po 30-tce tracimy zainteresowanie innymi ludźmi?

Jedną z wielu dyskusyjnych atrakcji lat 30-tych (a trochę ich już na tym blogu omówiłem), jest znane każdemu z nas stopniowe zwijanie się ży...