piątek, 14 sierpnia 2026

The Social Network shutdown. Dlaczego po 30-tce tracimy zainteresowanie innymi ludźmi?

Jedną z wielu dyskusyjnych atrakcji lat 30-tych (a trochę ich już na tym blogu omówiłem), jest znane każdemu z nas stopniowe zwijanie się życia towarzyskiego. Nie dzieje się to oczywiście z dnia na dzień i raczej nie dziwi nikogo mającego 3 z przodu.

W dzisiejszym odcinku bardziej niż faktowi przyjrzę się procesowi przejścia od etapu, gdy interesuje i cieszy nas poznawanie nowych ludzi, do momentu kiedy ma się ochotę wyzerować te czynności i ograniczyć ludzi spoza najbliższego grona do minimum. Dlaczego tak się dzieje i czym konkretnie jest spowodowane? 

Plakat nadchodzącego filmu pasuje do tematu aż nadto
The Social Reckoning, w kinach jesienią 2026


Jak to kiedyś było

Wróćmy do raczej odległego już okresu, gdy młody dorosły człowiek jest na studiach. Nie wgłębiając się w ich tematykę oraz intensywność, to generalnie mnóstwo czasu a przede wszystkim okazji do tworzenia, rozwijania i ogółem przetwarzania nowych znajomości. 

Próbowanie różnych uniwersów osób i ekip oraz związane z tym sukcesy, ale też niewypały, ślepe uliczki, porażki i lekcje nauczone. Ludzie napotkani w ramach uczelni i poza nią. Organizacje studenckie, wyjazdy semestralne, jednorazowe inicjatywy, prace dorywcze. Lista wydaje się nie mieć końca, a wówczas nikt nie podejrzewa jeszcze radykalnej zmiany tego stanu. 

Oni jeszcze nie wiedzą, szczęściarze


10 semestrów później

Ale potem bang, 5 lat zlatuje, kończysz studia i idziesz do jakiejś roboty na 40h w tygodniu. Przybywa obowiązków, ubywa energii. Wystarczy że popracujesz parę miesięcy, a szybko zauważysz, że tego ogromu czasu już nie ma i nie zapowiada się na jego powrót. Od strony społecznej, zostaje go tylko na podtrzymywanie istniejących znajomości - i to też nie wszystkich. Wszyscy nowi ludzie, bądź dalsi znajomi stają się w nowej rzeczywistości mało ważni. Stają się elementem zabierającym ci czas, który masz dla siebie. Świadomie lub podświadomie, kończy się to ochotą ich eliminowania. 

Brzmi brutalnie? Owszem, ale od teraz zajmowanie się czyimś życiem konkuruje o czas i energię o zajmowanie się twoim własnym życiem. Także pozostałe ci plasterki wolnego czasu przeznaczasz dla najbliższych przyjaciół/kumpli, a resztę olewasz. Nie do końca chcesz mieć na tych ludzi wyjebane, ale szorstkie pełnoetatowe realia sprawiają, że musisz. 

Tym zdaniem niektórzy mogliby zakończyć temat, ale nie po to zacząłem rzeźbić kolejny wpis, by zakończyć go na ogólnikach. Przejdźmy się zatem po 4 najczęstszych formach, które przybiera tytułowy social network shutdown.



Coroczna defibrylacja znajomości 

O jaką grupę chodzi w tej czynności medyczno-społecznej? Tych wszystkich dalszych znajomych których niegdyś widywaliśmy tak co kwartał, a obecnie raczej co rok. Po wessaniu w realia dorosłego życia widzicie się 1-2 razy do roku, głównie po to by zdać sobie nawzajem update z waszych żyć. Jeśli już na wstępie wydaje się to nieco sztuczne - macie rację. 

Bo co to za znajomość, w której nie robi się już razem rzeczy, nie spędza czasu w żaden sposób? Gdy wszystko co was łączyło, oddala się coraz dalej w przeszłość, a wasze życia rozjechały lajfstajlowo dawno temu. Nawet nie wymieniacie już DM-ów, czy choćby rolek na IG.



To trochę tak jakby relacja była osobą która uległa ciężkiemu wypadkowi, a obecnie jej życie jest podtrzymywane w ramach krążenia pozaustrojowego. Raz do roku nieszczęśnika udaje się wybudzić na 2h przytomności, w ramach corocznego przeglądu instalacji.
Kilka lat takiego funkcjonowania znajomości prowadzi do klarownego wniosku - nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Pora wyciągnąć wtyczkę - równie dobrze mógłbym co rok ustawiać się na ploteczki z doradcą z banku gdzie mam konto.  


Dostarczono, wyświetlono, zignorowano

Ostatnie luźniejsze dni w pracy skłoniły mnie do przescrollowania mojego Messengera o kilka długo ekranów w dół. Poniżej moich najbliższych znajomych z którymi piszę regularnie, znajdowała się zadziwiająco spójna grupa społeczna. Niewidziane od wielu kwartałów twarze, a obok nich ostatnie wiadomości, zwykle o statusie Dostarczono lub Wyświetlono bez odpowiedzi.
Motyw zwykle jest podobny;

  • Kilkukrotne i daremne próby ustalenia pasującego terminu na spotkanie 
  • Nieskuteczne wyjście z inicjatywą by odświeżyć kontakt
  • Ślad kłótni o wzorcu identycznym jak poprzednie, po której nastąpiła głucha cisza



Po chwili przyglądania się tej stercie kurzących się zdań, doszedłem do wniosku że lepszym wyjściem będzie tej ciszy nie przerywać. Bo nawet jeśli ci ludzie przestali występować już w kalendarzu moich spotkań na żywo, to wciąż wiszą w mojej głowie - niczym niezamknięte taski w Jira. A ja łapię się na tym, że kolejny raz pomiędzy zadaniami w pracy zastanawiam się, czy cokolwiek jeszcze będzie z tej relacji. Najczęściej odpowiedź brzmi nie. Bo jak tu prowadzić relację, skoro taka osoba; 

  • średni czas odpisania na wiadomość ma liczony w tygodniach 
  • twierdzi, że najbliższy wolny wieczór ma w Q3 przyszłego roku
  • kolejny raz prowadzi konwersację w sposób tak nieprzyjemny, że masz ochotę użyć opcji Zablokuj 

Kim najczęściej są takowe osobniki? To członkowie nieistniejących już ekip towarzyskich, znajomi z dawnych prac z którymi poza ową pracą niewiele was łączyło. Ostatnie podrygi kontaktów ze skończonych dawno temu studiów, czy wszelkie byłe/niedoszłe formy około-związkowe. Ot szeroki wachlarz ludzi, z którymi drogi już dawno się rozeszły. I jak nietrudno zgadnąć, najrozsądniejszym wyjściem jest uciąć to w cholerę.



W gospodarce niedoboru czasowego zwyczajnie szkoda przepalać zasoby na próby dobijania się do ludzi, którzy od dawna mają bardziej priorytetowe znajomości od nas, lub są na tyle trudni w obyciu, że próby podtrzymania kontaktu przynoszą nam więcej złego niż dobrego. Niepotrzebne mi zatem ich insta-stories, relacje na FB czy treningi na Stravie. Nie ma sensu podglądać życia kogoś, kto z mojego wyparował już lata temu.

Jakkolwiek brzmi to jak chłodna kalkulacja, tak przekonał mnie inny argument. Mniej czasu zużytego na nich, to więcej czasu na ludzi mi bliższych i naprawdę dla mnie ważnych. Jak to śpiewał w 2007 roku lubiany przez millenialsów Linkin Park - sometimes goodbye's the only way.

 


Dział płytkich konwersacji

Kolejna kategoria to ludzie z pracy. Mam okazję pracować w niemal wyłącznie millenialskim biurze i niejeden raz naszła mnie następująca refleksja. Te 2-3 razy w tygodniu przez 8h otaczają mnie ludzie w bardzo podobnym wieku, wychowani w tej samej epoce społeczno-technologicznej, o dość podobnym tle edukacji czy kariery, więc teoretycznie powinniśmy mieć mnóstwo tematów do rozmowy. I tym samym, możliwości do rozbudowania znajomości. Tak się jednak nie dzieje - dlaczego? 

W trakcie spotkań w kuchni przy ekspresie czy wspólnych lunchy, istnieje zapotrzebowanie na tematy lekkie i niekonfliktowe - jak jedzenie czy podróże. Nie opłaca się uruchamiać ryzykownych dyskusji światopoglądowych, czy odpalać krawędziowego humoru - bo koniec końców jesteśmy w pracy. Także w razie rozlania się jakiegoś słownego kwasu, będziemy musieli dalej się widywać - przynajmniej dopóki któreś z nas nie zmieni pracy.

Z kolei te mniej konfliktowe ale dłuższe i skomplikowane tematy słabo nadają się na stosunkowo krótką przerwę w pracy. Wtedy każdy chce nieco odpocząć, bo już za kwadrans czai się call z klientem. 


I tak sobie to leci - tydzień w tydzień patrzymy na siebie nawzajem, grając w smalltalkowego ping-ponga, wymieniając nieangażujące zdania i mieląc w kółko te same żarty. Na 90% nie wyjdziemy poza tę basicową uprzejmość, nie zakumplujemy się - bo żadne z nas nie ma już na to zasobów.

Praca zabierze 8h z dnia, a tu jeszcze zakupy, gotowanie, trening do półmaratonu, walka o podtrzymanie istniejących relacji, odcinek serialu z partnerx i szczypta doomscrollingu na dobranoc. Nawet nie wspominam o tych co mają małe dzieci (u mnie w firmie akurat nie) - ci są tak zawaleni życiem, że nie wiedzą jaki mamy rok, póki nie spojrzą na prawy dolny róg monitora. 

I dlatego ludzie z pracy najczęściej pozostaną ludźmi z pracy. Bierzesz ich za pewnik, bo wg konceptu biura, zobaczysz ich ponownie jutro czy za tydzień. Chyba że znajdą inną robotę, to wtedy dasz smutną emotkę pod newsem o odejściu na komunikatorze. Potem wyślesz team leaderowi 2 dychy BLIKiem na prezent pożegnalny i za miesiąc zapomnisz, że kiedykolwiek istnieli.


 
Spóźniony potencjał

Na sam koniec dorzucę zjawisko które zauważyłem nie dalej jak miesiąc wstecz. Tego lata dwukrotnie stanąłem przed możliwością poznania ludzi w ~moim wieku, którzy są znajomymi znajomych lub jeszcze jeden poziom dalej. I co? Złapałem się na tym, że sam już kalkuluję czy to w ogóle ma jeszcze sens. W obu przypadkach stwierdziłem że nie - zarówno nieznana mi para mieszkająca w innym mieście jak i zestaw czyichś znajomych spotykających się w porywach raz na kwartał, jawi mi się jako znajomość która umrze zanim w ogóle zacznie żyć.

Bo poznawanie się zajmuje czas, którego już nie mamy. Bo praca na pełen etat wyjałowiła nas z tematów do rozmowy innych niż millenialskie sporty i podróże. Bo zgranie kalendarzy celem znalezienia następnego wolnego terminu dla wszystkich zgromadzonych brzmi jak seria filmów akcji z Tomem Cruise'em. Bo wszyscy mamy już określone preferencje, ale często zupełnie różne budżety. Bo jak nie jeden to drugi wpadnie zaraz w czeluść ultra dorosłych zadań jak remonty, budowy czy dzieci. A nie jest fajnym uczuciem zostać wyproszonym ze spektaklu po jednej scenie. Więc nietrudno o ponury wniosek - szkoda w ogóle było wchodzić.




Także ten

Więc to nawet nie tak, że chcemy postępować w taki sposób, ale nie mamy innego wyjścia, bo sprowadza się to do wyboru - jeśli masz wolny czas, to albo oni albo ja - bądź bliższe mi osoby. To przykre i prawdziwe, oraz dowód na to, że serio przydałby się wreszcie 4-dniowy tydzień pracy, żeby mieć czas na jakieś życie - w tym inne znajomości niż najbliższe ocalałe.

Z ludźmi dookoła samemu będąc po 30-tce jest trochę jak z mailami w skrzynce odbiorczej. Na studiach dostajesz ich niewiele i oglądasz z ciekawością każdy otrzymany. Ale gdy parę lat później w robocie dostajesz ich codziennie 15, to tylko przelatujesz wzrokiem treść, byle mieć kolejnego z głowy.

Tak samo jest z ludźmi - pierwszym założeniem już nie jest "może to ktoś fajny", tylko "co to za jeden i czego ode mnie chce". I nieraz najchętniej by się na nich wykonało lubianą na desktopowych klientach poczty czynność - Zaznacz wszystko -> Oznacz jako przeczytane. Tak by mieć choć krótką chwilę na istotne sprawy, pomijając wszystko inne.



sobota, 16 maja 2026

Spełniłem dziennikarskie marzenie. Dorwałem Gen Z i wypytałem jakie naprawdę jest ich pokolenie.

Zeszłego lata czyli już kawał czasu temu, udało mi się spełnić niewielkie dziennikarskie marzenie. W trakcie niejednej rozmowy towarzyskiej to słynne i odmieniane przez wszystkie przypadki Gen Z trafiało na stół millenialskich obrad. Jednak złapałem się na tym, że gdy przyszło do przykładowo omawiania różnic międzypokoleniowych, obaj millenialscy uczestnicy tej dyskusji natrafiali na ścianę.


Ścianę wytapetowaną domysłami na temat przedstawicieli pokolenia urodzonego między 1997 a 2012 rokiem. Jako zdecydowany przeciwnik guessing-driven-conversation, irytował mnie ten permanentny brak potwierdzonych informacji. Ileż to razy odgrażałem się, że pewnego dnia dorwę jakiś egzemplarz i wypytam o to wszystko. Tylko gdzie i kiedy? 

To akurat bardziej wygląda na millenialską sytuację, rocznik 94 vs 91

I wtem, pod koniec lipca 2025 nadszedł ten szczęśliwy dzień, gdy w sprzyjających okolicznościach miałem okazję spędzić parę godzin z przedstawicielką Gen Z której mogłem zadać te wszystkie autystyczne pytania. Na początek, krótki zanonimizowany biogram;

  • Rocznik: 2007
  • Wiek: 18
  • Płeć: kobieta
  • Środowisko społeczne: raczej neutralne
  • Miasto: powiatowe


Nie mając wcześniej przygotowanej listy pytań, trzeba było działać szybko i przeszukać pamięć w poszukiwaniu najbardziej nurtujących pytań. Oto co udało mi się posklejać;

 

Czy to prawda, że większość Gen Z nie ma żadnych konkretnych zainteresowań?

Tak - zdaniem naszej rozmówczyni, 75 procent ludzi w wieku ~18 lat nie interesuje się niczym szczególnym. Z perspektywy jej najbliższego otoczenia, tj. klasy licealnej, jedna albo dwie osoby chodzą na jakieś dodatkowe zajęcia - i to tyle.


O czym zazwyczaj marzą przedstawiciele Gen Z?

Nie będzie tu wielkiego zaskoczenia - marzą głównie o tym, żeby być bogatym. Nie ma tu odniesień do źródeł tego bogactwa - liczy się stricte hajs. Aspirują do tego co widzą w rolkach (ponownie brak zaskoczenia) typu majętni ludzie z USA. Bardziej lokalne inspiracje lifestyle'owe to a jakże, Warszawa.

Ekipa to akurat Kraków, czyli Warszawa 2.0 więc wsm bez różnicy


Czy dla Gen Z komputer jest tak samo ważnym urządzeniem jak dla millenialsów? Czy ktokolwiek posiada jeszcze stacjonarny PC?

Tak jak się spodziewałem, prawie nikt nie ma komputera stacjonarnego. Laptopy występują licznie, choć służą głównie do oglądania streamingów. To pokolenie miażdżącą większość spraw załatwia ze smartfona - nie potrzebują w tym celu "dużego Internetu".


Czy beka z millenialsów naprawdę istnieje? W jaki sposób się to przejawia?

Zgadza się - beka z millenialsów istnieje, ale nie chodzi o (przywołane przeze mnie) krótkie skarpetki, a intensywne korzystanie z Facebooka, wstawianie postów na Instagramie (uznają tylko stories), czy oglądanie reels. Dlaczego bawi ich fakt millenialsów oglądających reelsy? Chodzi o platformę - treści na TikToku są publikowane 4-5 miesięcy wcześniej niż na pozostałych rolkomatach. Dla Gen Z najwidoczniej jest to istotne, dla nas - no cóż... xd. 

A skoro jesteśmy przy iksde - śmieszy ich również niektóre słownictwo używane przez poprzednie pokolenie (pieseł, handluj z tym, no rejczel) czy niektóre emoji - zwłaszcza ta płacząca ze śmiechu 😂


 

Mówi się, że clubbing w miastach zamiera. Czy Gen Z interesuje w ogóle chodzenie do klubów nocnych/dyskotek?

Otóż nie bardzo - typowe kluby z muzyką "come on baby tonight on the dancefloor" są postrzegane jako miejsca dla zdzir. Najpopularniejszy i "społecznie zatwierdzony" sposób imprezowania to dla nich domówki. Inne źródła wskazują także inne powody niskiej frekwencji klubowej jak całościowo niewielkie spożycie alkoholu, czy wysokie koszty nocnego życia.

---

Na koniec dodam, że aby sformułować poparte statystyką wnioski, należałoby mieć większą próbę badawczą niż 1 osoba i jej zasięg społeczny ludzi w podobnym wieku rzędu ~50 osób. Profesjonalne analizy zostawiam jednak badaczom i poważnym portalom za paywallem. Ten wieczór wspominam bardzo miło, a od strony merytorycznej dobre i to - lepszy jeden wywiad niż kolejne kwartały dryfowania na wodach domysłów.

czwartek, 5 lutego 2026

Te plecaki oglądaliśmy wszyscy. Przegląd miejskiej mody naramiennej

Podczas jednego z niezliczonych odcinków dziejącego się w mojej głowie serialu pt. "rozmyślania nad upływającym czasem" zauważyłem pewien wycinek mody, któremu w zasadzie nie poświęca się uwagi. Wraz ze zmieniającą się modą na konkretne buty, spodnie, czy kurtki, gdzieś w oddali towarzyszy im analogiczna zmiana w popularnych plecakach. 

Prawie każdy millenials dobrze pamięta połowę 2010s, gdy wszyscy nosili buty New Balance (obowiązkowo z kostką na wierzchu) czy kurtki parki w zgniłozielonym kolorze i czarnymi pikowanymi wstawkami. Tymczasem gdzieś na drugim planie czaił się konkretny model trendującego wówczas plecaka. Pojawiał się na ulicach z dnia na dzień i szybko osiągał maksymalne nasycenie, stając się absolutnie wszechobecny. Jednak równie nagle znikał z ulic, zastąpiony przez kolejny modny item.

 


Oto przegląd plecaków bestsellerów z ostatnich 20 lat, które zdecydowanie zaliczają się do tego wzorca - jako że zapisały się w mojej pamięci. Podany w nawiasie rok to uznaniowy peak popularności danego modelu. 


Jansport Trinity III (2006)

Choć nazwa może sugerować polskiego producenta, w rzeczywistości jest to plecak amerykański, znany z ogromnej trwałości, 30-letniej gwarancji, a także wysokiej ceny. Jeśli z takim plecakiem chodził do szkoły jakiś twój kolega z klasy, możesz mieć pewność że firma jego rodziców prosperowała wówczas bardzo dobrze. Opinie sprzed kilkunastu lat potwierdzają wytrzymałość użytego materiału i zamków - to istny Mercedes W124 wśród plecaków. Ten konkretny model Jansport zdołał utrzymać swoją popularność na ulicach przez wiele lat - pomogła mu w tym wspomniana już znakomita trwałość, ale także wyjątkowo uniwersalny design; dobrze wyglądał z nim zarówno 12-latek jak i 18-latek.







Pure /Jatomi (2012)

Ach początek 2010s. Ten okres kojarzy mi się z erą "prestiżu za cyrograf". Moment gdy w dużych polskich miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać sieciówkowe siłownie, oferujące nowoczesny sprzęt i topowe lokalizacje w galeriach handlowych czy biurowcach. Haczykiem były długoterminowe umowy, z których rezygnacja wiązała się z wysokimi kosztami. Jako zachętę i element marketingowy jednocześnie, do karnetu dodawano plecaki, z którymi po centrach miast wojewódzkich dumnie maszerowali ci których było stać na nieszczególnie tani karnet. 

Sieć Pure Jatomi nagle zakończyła działalność na początku 2018 roku w kwaśnej atmosferze. Powodem była zbyt duża konkurencja, która oferowała wyraźnie lepsze ceny, bez mydlenia oczu rzekomą elitarnością. 8 lat później po sieci Pure Jatomi ani jej plecakach nie ma już śladu. Trudno dziś nawet znaleźć zdjęcie takowego - Google grafika, Allegro czy OLX nie zwracały absolutnie żadnych wyników. Nie spodziewałem się, że gadżet promocyjny sprzed 10-15 lat znalazł się w przedsionku kategorii lost media. Z pomocą początkowo przyszedł randomowy filmik na YT z 2013 roku, gdzie rozdawano magazyn lajfstajlowy w szczecińskiej siłowni tej sieci. 



Dopiero chwilę później przypomniałem sobie o portalu Vinted, gdzie o dziwo wciąż kiszą się pojedyncze używane egzemplarze, zwykle w mało atrakcyjnym stanie. Po latach kłują w oczy tanie zamki i ogólnie dość badziewny design, który słabo zniósł próbę czasu.





Herschel Survey (2014)

Rok 2014 to absolutny peak tzw. hipsteriady - szału na punkcie piw kraftowych, czerwonych koszul w czarną kratę, muzyki typu "stomp clap hey" i rynkowego ssania na vintage akcesoria. Mało co krzyczało wówczas tak wyraźnie "Uniwersytet Ekonomiczny" albo "Wydział Filologiczny" jak widok studenta z brodą, zaczeską i czarnym plecakiem Herschel Survey. Mocno kwadratowy kształt, obowiązkowe wtedy brązowe paski i biała wszywka z dość nieczytelną nazwą marki - Survey to produkt swoich czasów jak mało co. Kanadyjska marka istniała wówczas od zaledwie 5 lat i mimo wysokich cen udało jej się zaistnieć nawet w kraju nad Wisłą - zapewne dzięki znakomitemu wstrzeleniu się w globalne vintage trendy.


 


Światowe Dni Młodzieży (2016)

Od nowego roku cały Internet z jakiegoś powodu wspomina rok 2016, wspomnę więc i ja. Chrześcijański mundial odbył się w Polsce już prawie 10 lat temu. Z jego okazji organizatorzy wypuścili dedykowany plecak, który otrzymał każdy z zarejestrowanych uczestników. Wewnątrz znalazła się kurtka przeciwdeszczowa, wielofunkcyjna chusta, ręcznik, bransoletka, przewodnik pielgrzyma i modlitewnik. Na potrzeby wydarzenia wyprodukowano 625 tys. sztuk w 3 kolorach, z czego ponad 20 tys. trafiło do wolontariuszy ŚDM.

Te imponujące liczby sprawiły, że dedykowany wydarzeniu plecak był widoczny na ulicach Krakowa jeszcze przynajmniej 2 lata po ŚDM. Największą popularnością i żywotnością wydawała się cieszyć wersja niebieska (były też czerwone i żółte). Do dziś można bez problemu je kupić w groszowych cenach na OLX, natomiast najczęściej idzie je wypatrzeć wśród ekwipunku... bezdomnych.




Fjallraven Kanken (2018)

Kolejny drogi (350-400 zł dwie inflacje temu) plecak w dzisiejszym zestawieniu. Fjallraven Kanken to jeden z bardziej popularnych artefaktów drugiej połowy 2010s, kulturowo zawieszonych gdzieś pomiędzy post-hipsteryzmem, a powoli nadchodzącymi alternatywkami. Szczególnie upodobały go sobie wielkomiejskie wintydżiary z zamiłowaniem do podróżowania, jako że świetnie prezentował się na zdjęciach z Islandii czy Barcelony. To były już czasy napuchniętych social mediów i masowego kopiowania trendów z Instagrama, a Kanken w pastelowym kolorze na kilka lat stał się obowiązkowym elementem damskiego streetwearu. 




Mógłbym długo pisać o kulisach powstania plecaka, jego wodoodporności etc, ale wątpię że cokolwiek obchodziło to jego nabywców w trakcie szczytu popularności modelu. Liczyło się poczucie przynależności do pewnego lifestyle'u i pokazanie, że kogoś stać położyć prawie 4 stówy za plecak. To zresztą jedyny model z dzisiejszego wpisu, który z racji ceny i popytu często podrabiano. Dziś lwia część Kankenów wyparowała z ulic miast wojewódzkich, co tylko utwierdza mnie w podejrzeniach, że peany na jego cześć były mocno przesadzone.



SwissGear 3595 (2019)

Ten dość formalny plecak jest dla mnie symbolem korporacyjnej prosperity w Krakowie. Lata tuż-przed-covidowe to najlepszy okres gospodarczy jaki widziało miasto maczet i outsourcingu procesów biznesowych. Istniejące korporacje zatrudniały na potęgę i wciąż otwierały się nowe. Tej erze towarzyszył powszechny widok laptopowych SwissGear w komunikacji miejskiej - szczególnie ten jeden model o dość tornistrowym kształcie, chromowanych suwakach i solidnym uchwycie. 




Nigdy nie drążyłem czy firmy korporacje rozdawały je pracownikom same z siebie w ramach pakietu powitalnego, czy ludzie kupowali je z własnej woli - choć podejrzewam to pierwsze. Czarny biznesowy kolor, powściągliwy design i szwajcarski krzyż kojarzący się z jakością - idealny gadżet do miasta biurowców szklanych drzwi.



Quechua Arpenaz NH100 (2022)

Sukces i niebywała popularność tego modelu wśród turystów w całej Europie nie dziwi mnie ani trochę. Jako właściciel identycznego egzemplarza jak na zdjęciu, od 2021 roku miałem okazję przetestować go w przeróżnych warunkach. Pierwotnie zakupiony jako plecak na górskie jednodniówki za przedinflacyjną kwotę 40 zł, okazał się niebywale wszechstronny.

Główna komora nie konkuruje o miejsce z pozostałymi, a głęboka przegroda zabezpiecza cenne przedmioty jak portfel. Wisząca wewnątrz głównej komory saszetka pozwala trzymać pod ręką drobiazgi typu krem z filtrem czy gumy do żucia. Konstrukcja plecaka jest oparta na długich i sztywnych acz sprężystych plecach, wspomaganych paskiem zapinanym na piersiach. 




Efekt jest spektakularny -  plecak wydaje się oszukiwać grawitację i nawet przy ciężkim ładunku nie czuć po ramionach, że niesiemy aż tyle. Całodzienne zwiedzanie z dużymi ilościami płynów, upchanie gratów po sufit do samolotu, czy przyniesienie ciężkich zakupów nie robi na nim ani moich plecach większego wrażenia.
 
Ten argument spowodował, że po 1,5 roku od zakupu tego zmyślnego plecaka, zdecydowałem pozbyć się zestawu sakw rowerowych 2x20l. Zastąpiła je torba na kierownicę 7l i ten właśnie plecak. Taki zestaw pozwala wybrać się na weekendowy wypad rowerem z jednym noclegiem, co wcześniej przy udziale zwykłego plecaka zakrawało na zbrodnię przeciwko własnemu komfortowi.


Vans Old Skool Drop V (2024)

Tak wygląda każdy nastolatek w Polsce - grzmi znana rolka autorstwa niejakiego Lesława Dzika. Ciężko się z tym nie zgodzić, przynajmniej biorąc po lupę stan na rok 2024. Perfekcyjnie zrespiony NPC tej powoli dogasającej estetyki składa się z czarnej kurtki North Face, szerokich jeansów, białych butów Nike i właśnie plecaka Vans. Sam model nie wydaje się szczególnie interesujący, ot duży czarny plecak z wielkim logo. 




Chciałbym dodać tu jakiś poszerzony komentarz, tj. dlaczego właśnie on stał się modny ale to jeden z momentów gdy przypominam sobie, że nie jestem już młodzieżą i właściwie to nie mam pojęcia. Marka Vans od dłuższego czasu cyrkuluje w miejskiej modzie, mając swoje bardziej i mniej intensywne momenty. To prawdopodobnie dobry wybór do szkoły średniej, gdzie trzeba dziś odpowiednio wyglądać, a sama marka nie budzi negatywnych emocji wśród płacących za jej produkty rodziców. 

A wy, pamiętacie jeszcze jakieś plecaki, które miały swoje 5 minut na polskich ulicach?

niedziela, 30 listopada 2025

Rok 2015 był 10 lat temu. A równie dobrze mógł być 3.

Na wstępie przyznam, że taki wpis lepiej wyglądałby na początku roku. Choć z drugiej strony, minęło już pełnych 11 miesięcy, a mi wciąż trudno przyzwyczaić się do pewnych faktów. Pandemia była 5 lat temu? Rok 2000 ćwierć wieku temu? Tak, a o co chodzi? Jednak to zaledwie początek okropnych objawień po ostatniej zmianie kalendarza ściennego.

2015 to za chwilę będzie już ponad dekada temu, co wciąż z trudem mi się przyswaja, niczym zbyt ciężki obiad na mieście. Dlaczego? Moim zdaniem dokładnie wtedy zaczyna się najbardziej aktualna odsłona współczesności, która subiektywnie trwa już strasznie długo. To epoka dostosowania absolutnie wszystkiego do urządzeń mobilnych (łącznie z synem koleżanki twojej starej) i podłączania do internetu czego się tylko da. Epoka ajfona, kupowania drogich rzeczy z małego ekranu, Instagrama i innych mnożących się geometrycznie social mediów. Dzieciaków zarabiających na YouTube, polityków wyzywających się na Twitterze i powstania obrzydliwego zawodu zwanego influencerem.


Styl życia global edition

Cyfrowa globalizacja wprowadziła ujednolicone wzorce sukcesu i tzw. prestiżu na niespotykanym wcześniej poziomie - cokolwiek by to nie było. Od ciuchów (streetwearowcy), typu pracy postrzeganej za dobrą (klikanie w MacBooka postawionego na brązowym stole w mocno przeszklonym biurze), przez pożądane destynacje wakacyjne (Włochy! Madera! Islandia! Tajlandia!) aż po tuning samochodowy (niemiecki hatchback pierdzący z wydechu). 

Pamiętacie jeszcze gdy nowością były typy ludzi jak;

-programiści freelancerzy mieszkający na Bali w domu z basenem za 300$ miesięcznie

-backpackerzy robiący swoją bucket-listę z selfie-stickiem (jakże polskie słownictwo) 

-Amerykanie i inni zachodni bogacze, odnajdujący siebie w Tybecie czy innym niedostępnym dla większości miejscu 



Każdy z tych trzech obowiązkowo torpedujący swoich followersów wyżej opisanym klimatem. Dzisiaj takich ludzi jest jak psów na rumuńskich zadupiach, a kolejnych naśladowców (zwykle pod nazwą twórca cyfrowy) wciąż przybywa. Ale jak widać, wtórność chyba im nie przeszkadza.

Tesla za kryptowaluty 

Połowa zeszłej dekady to także początek globalnego szału na punkcie kryptowalut, który mimo kilkukrotnego przegrzania koniunktury w postaci gwałtownych spadków, wciąż rozpala wyobraźnię amatorów łatwego zysku. Powstają niezliczone giełdy i same kryptowaluty, które w większości wydają się mieć nazwy stworzone dla beki.

Podobnym zjawiskiem jest Tesla - najpierw zasypuje swoją obecnością portale motoryzacyjne w USA, a później ulice kolejnymi modelami o nazwach układających się w słowo S3XY (wink wink). To samo w Europie dzieje się nieco później, gdzie mocne elektryki przejmują dotychczasową rolę supersamochodów, idealnie zapełniając nam dekadę o której mowa.



Ostatni sezon tego serialu z absurdalnym modelem Cybertruck w roli głównej dowodzi, że została przekroczona granica groteski, a ludzie są już mocno zmęczeni elektrycznymi atencjowozami. W międzyczasie, przez cały okres 2015-2025 w ofercie marki pozostaje wiekowy już Model S, który jest tak stary, że wchodził na rynek razem z Samsungiem Galaxy S3, a ostatnim krzykiem damskiej mody były wówczas równie galaktyczne legginsy. 


Technologie dla Kowalskiego

2015 rok to także moment premiery Windowsa 10, który jest z nami do dzisiaj jak mało co. Początkowo nielubiany i zabugowany, z czasem poprawiony i doceniony. Szczególnie dziś, w obliczu przesiadki na W11 który pod wieloma względami jest gorszy, a już na pewno trudniejszy do okiełznania i zasobożerny. 

Mój pierwszy PC z Windowsem 10 to jednocześnie wciąż mój aktualny komputer. Do dziś pamiętam jak niewiele czasu wymagał, by przygotować go do użytku zaraz po zakupie. Po rozwianiu się lekkiej żałoby za uroczym stylistycznie Windowsie 7, W10 w połączeniu z dyskiem SSD stworzył nową jakość (a dokładniej szybkość) działania komputera, którą dziś bierzemy za pewnik. 

I nie zgadniecie co - po dziś dzień nie dokonał się tu żaden większy postęp. Komputer z takim zestawem jest gotowy do działania po kilku sekundach od naciśnięcia przycisku Power, co jeszcze w późnych 2000s było totalnym science-fiction. Dzisiaj to standard, zapewniany zarówno przez nowy laptop gamingowy za grube pieniądze jak i kilkuletni używany Thinkpad. 

Tymczasem po drugiej stronie technologicznej barykady, Apple prezentuje debiutanckiego smartwatcha w kwietniu 2015, a nieco wcześniej w lipcu 2014 Xiaomi wypuszcza pierwszą generację Mi Band. Dziś trudno zignorować powszechność tego typu urządzeń, noszonych nawet przez osoby które nie korzystają z większości ich funkcji (np. ja xD).



Przewrót matrymonialny

Rok 2015 to również eksplozja popularności aplikacji randkowych. Możliwe że przyczynił się do tego fakt, że mniej więcej wtedy smartfony z Androidem poniżej poziomu flagowców zaczęły faktycznie działać. Szkoda że z czasem przestało działać co innego - w ciągu kilku lat nastąpiła straszliwa deterioracja rynku matrymonialnego - spowodowana właśnie powstaniem Tindera oraz jego zamienników. Efekty są znane każdemu facetowi, który próbował kogoś poznać, samemu będąc już po studiach i mając mniej niż 1,80m wzrostu. 

Skala strat społecznych urosła do rozmiarów skutków powodzi 2024 w Kotlinie Kłodzkiej. Od wypchnięcia z rynku ludzi przeciętnych, przez walkę o dopasowania i odpowiedzi u mężczyzn, z jednoczesną klęską urodzaju u kobiet. To powoduje że wymagania tychże kobiet lecą w kosmos, a ghosting staje się czymś powszechnym.
Powstają coraz to bardziej wymyślne zamienniki związków czy stany pośrednie między byciem singlem a posiadaniem stałej relacji jak tzw. situationship. Aplikacje zamiast służyć do parowania się, stają się licznikiem atrakcyjności (Czy ta siódemka dała mnie w prawo? - Niee. A ta 5/10? - Dała, ugh ---> usuń parę).



Rzeczywistość aplikacji randkowych najlepiej podsumowują słowa
niezdrowo i bezcelowo. Stan najbardziej pożądany to kręcić ze wszystkimi, ale nie mieć nikogo - najważniejsza staje się atencja. Odpowiednia ilość par czy nieodczytanych wiadomości "Hej" staje się istotną składową dobrego nastroju.

Czy dziś ta sytuacja wygląda cokolwiek lepiej? Absolutnie nie, a najnowsze dane sugerują, że Gen Z odwraca się od aplikacji randkowych. Prowadzi to w kierunku całkiem realnej wizji, gdzie za kilka lat na Tinderze zostaną ostatnie egzemplarze millenialsów i pokolenia X. Same aplikacje zaś, po kilku latach bez napływu nowych użytkowników, pogrążą się w cyfrowym niebycie - jak stało się to z portalami jak Grono czy Nasza Klasa.

A co tam w polityce?

Co dzieje się lokalnie? Jesienią 2015 roku PiS wygrywa wybory, z kampanią rozdawnictwa na niespotykaną skalę, co wyznacza początek epoki przekupywania kolejnych grup społecznych ich własnymi pieniędzmi. Jednocześnie kończy to erę skupiającą dotąd uwagę polityków na młodych wykształconych z wielkich miast. Teraz liczy się pogłowie powiatowe o niskim wykształceniu, które udzieli poparcia i nie zauważy, że dając im 500 zł, zabrało się 700. 

Mimo zmiany władzy w 2023 roku, ten model polityki jest wciąż uprawiany z prostego powodu. Całkowite wycofanie się z rozpasanego socjalu oznaczałoby utratę poparcia na skalę zagrażającą utrzymaniu się na scenie politycznej. Nieważne w którym punkcie politycznego kompasu znajduje się twoja partia, od 2015 musisz być choć trochę socjaluchem. 



Nudy już trochę

Do czego zmierzam? Tkwimy w tym zglobalizowanym technologicznym sosie od dekady i przynajmniej ja, zaczynam być nim znudzony. Wprawdzie niedawno powstał nowy składnik treści jak rolki który zastąpił wysłużone memy, a następnie wlano do niego wielką butelkę AI, ale to bardziej rozwinięcie stanu zastanego niż całkowite przetasowanie. Każdy z technologicznych molochów wepchnął w interfejs własne AI i cyklicznymi pop-upami stara się nas przekonać, że to kluczowa funkcjonalność. Dalej nie chcę rozwijać, bo tematem już rzygam i wy pewnie też 😣

By to jakoś zgrabnie podsumować, doprecyzuję o co właściwie chodzi w tej wyliczance. Zazwyczaj było tak, że cofając się o 10 lat, różnica była istotna i od razu wyczuwalna. Nieważne czy przyglądaliśmy się technologii, muzyce, samochodom, trendom w popkulturze. 2015 był znacząco inny od 2005, a 2005 od 1995. Dekadę później widać było zmiany w trendach, postęp w technologii, a zestawiając ze sobą produkty odległe o 10 lat, różnica między nimi była znaczna. Estetyka i technologia zmieniały się, raz szybciej raz wolniej - ale jednak. 

Dzisiaj odnoszę wrażenie, że ubiegła dekada pełza wolniej niż kursant w L-ce na półsprzęgle. Konkretny wycinek rzeczywistości (weźmy teledyski czy reklamy) spomiędzy 2015 a 2025 można datować wyłącznie szerokością ubrań ludzi pojawiających się w kadrze. Chciałbym móc wszystko zwalić na millenialskie starzenie się, ale wystarczy wziąć i organoleptycznie porównać. Zmiany są minimalne - mniej więcej od pandemii szerokość ubrań rośnie, a długość trwania pojedynczego kadru maleje. 

W telefonach rośnie przekątna ekranu i na tym koniec. Od strony założenia i układu nie zmieniło się absolutnie nic - tafla szkła i jeden z 2 systemów operacyjnych (RIP Windows Phone).W motoryzacji dzieje się podobnie - samochód który wyszedł w 2015 roku postawiony obok świeżo debiutującego, nie będzie wyglądał na 10-latka, jak również niewiele ustępuje mu od strony wyposażenia. 


Tymczasem w social mediach istny szał robią rolki czy fanpage podejmujące rozmaite snapshoty dawnej polskiej rzeczywistości. Najczęściej z okresu 1989-2009, wygrzebane trudno powiedzieć gdzie, ukazane nam dziś najczęściej w postaci rolek. Dawne wystroje wnętrz, moda sprzed lat, nagrania z imprez, stary internet. Pojawia się nostalgia za niezbyt starą elektroniką, jak np. gen Z która znienacka odkurzyła segment kompaktowych aparatów cyfrowych.

Obserwując to wszystko, mam wrażenie jakby niektórzy ludzie tęsknili za czymś o smaku innym niż globalny cyfrowy soylent premium - nawet jeśli oglądający nie mają szansy pamiętać ukazanych tam czasów. Może im już obrzydł, po dekadzie wciskania go drzwiami, oknami i masztem 5G? I nic dziwnego, skoro jedyny współczesny symbol udanego życia to coraz bardziej niedostępny dla przeciętnego człowieka sukces finansowy i ten jeden uświęcony wizerunek, oparty na drogich markach, tatuażach, mięśniach, brodzie i ekstensywnym podróżowaniu.

Gdy wymienię to wszystko po kolei, mam cichą nadzieję że gdzieś za rogiem czai się reset tego wszystkiego i wydarzy się coś, co zaora tę monotonną flat-design tech-korporacyjną rzeczywistość, służącą głównie do atakowania innych prestiżowymi treściami cyfrowymi. Mam tylko nadzieję, że będzie to coś innego niż słowo na w.


niedziela, 21 września 2025

Co warto zrobić po 30-tce? Za te 5 spraw bierz się już teraz.

Witam was w ostatnie ciepłe dni, już nawet nie wakacji. W bezpośrednim poprzedniku tego wpisu tj. 6 rzeczy których nie ma sensu już robić po 30-tce skupiłem się na zajęciach, których czasy świetności już przeminęły. Dzisiaj zająłem się tym co można (a nawet trzeba) wpisać na to do list w miejsce tamtych, przeterminowanych już aktywności. Tym samym zapraszam na względnie konstruktywny wpis, który mógłbym śmiało opatrzeć hasztagiem #wujekdobrarada 😆


Zadbanie o dietę

Jak już wspominałem w jednym z wpisów, po 30-tce odzywają się skutki dotychczasowego stylu życia, czytaj zaniedbania zdrowotne. Jeśli w twojej diecie brakuje surowych warzyw i owoców, naturalnych składników czy błonnika, a dominuje wysoko przetworzona żywność i cukier, to najwyższa pora się ogarnąć - zanim zmiecie cię z planszy rak jelita grubego (obecnie najczęściej występujący nowotwór wśród mniej sędziwych pokoleń) lub podobna atrakcja. 

Pewne rzeczy trzeba jeść nawet jeśli ich nie lubisz - rolą jedzenia nie jest tylko wzbudzanie ośrodka nagrody, ale przede wszystkim utrzymanie ciała i umysłu w należytej kondycji. Dobitnym dowodem na powyższe jest mój 31-letni brat, który tego lata wylądował na stole operacyjnym z powodu ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego.




Zarabianie hajsu 

Jeśli masz w planach czegoś się dorobić (cokolwiek to będzie), właściwy czas na realizację planów jest w tej dekadzie życia. W kolejnej możesz już nie mieć na to siły, zdrowia czy... nadziei. Samochód nie każdemu jest potrzebny (podobnie jak Thermomix), ale gdzieś mieszkać trzeba. Jeśli zamierzasz kupić coś swojego, to umiejscowienie tego checkpointu na osi czasu (tj. właściwy moment), nadchodzi wielkimi krokami. 

Uwierz, że nie chcesz skończyć jako 45-letni typ, tkwiący w tym wieku wciąż na etapie wynajmu pokoju, tułając się po kolejnych współdzielonych mieszkaniach. Z coraz młodszymi od samego siebie randomami, w oparach frustracji i 360-stopniowego przegrywu. Jak również mieszkać z takowymi pod jednym dachem - dość niedawno spotkałem takie indywiduum i niestety dla niego jest za późno #itsover. Żaden bank nie udzieli kredytu hipotecznego, którego domyślny termin spłaty zbiega się ze statystycznym pogrzebem kredytobiorcy.



Jednakże byłbym tutaj choć minimalnym optymistą - nieruchy nie będą wiecznie drożeć (ujęcie realne, nie nominalne). Demografia już się odzywa, ciocia Kasia robi co może (wprowadzenie nakazu publikacji cen, planowane zwiększenie podatku od pustostanów), a wojna na Ukrainie wiecznie trwać nie będzie. Temat cen nieruchomości przebił się do debaty publicznej, a to pierwszy krok w kierunku jakiejś normalności w tym obszarze.


Znalezienie nowego hobby

Skąd ja to znam. Po jakiejś dekadzie uprawiania, stare hobby i rozrywki się nudzą. Ile można jeździć rowerem czy co tam robisz. W pewnym momencie osiągasz punkt terminalnego wyeksploatowania danego sposobu spędzanego czasu. Przejechałeś wszystkie drogi w promieniu 100 km od domu, schodziłeś tam i z powrotem każdy szlak który chciałeś. Nauczyłeś się wszystkich trików na deskorolce, przesłuchałaś od deski do deski istniejące podcasty kryminalne etc. 

To taki odpowiednik przejścia gry fabularnej do tego stopnia, że zaliczyłeś każdego side questa i w statach masz 100%. Nie ma już nic dalej i niemożliwa jest ucieczka od wrażenia, że kiedyś sprawiało ci to więcej przyjemności niż teraz. 



Co wobec tego? Trzeba znaleźć coś nowego! Nie będzie to proste, ale innego wyjścia z tej sytuacji nie ma. Od siebie mogę doradzić 3 rzeczy; 

  • Zadanie sobie pytania; czy w ostatnich latach nie odkładało się jakiegoś zajęcia na bliżej nieokreśloną przyszłość?
  • Skorzystanie z listy przykładowych hobby 
  • Poświęcenie większej części uwagi hobby indywidualnym

Trudno ukryć, że w przypadku zakresu 30+ dobrze gdyby dało się je wykonywać w pojedynkę. Inaczej możesz się nie doczekać na realizację (pomijając sporty zespołowe które z definicji wymagają zebrania drużyny). 


Zweryfikowanie garderoby

My ludzie 30+ już dawno przestaliśmy rosnąć, ale stosunkowo niedawno przestał zmieniać się kontekst zastosowania naszych ubrań. Szafa późnego studenta potrafi się znacząco różnić od wczesnego studenta. Jednak w momencie gdy studia się kończą, a zaczyna chodzenie do pracy, twoje ciuchy do noszenia poza domem będą mieć już tylko zastosowania biurowe i weekendowo-socjalizacyjne. 

To dobry moment by pomyśleć o zakupie czegoś spoza upychanych aktualnie trendów, które trwają krócej niż sezon serialu. Zostając w perspektywie chłopskiej, przydadzą się T-shirty, koszule i spodnie, które będą możliwie ponadczasowe, a także trwałe i pasujące do wielu innych ubrań. Dekadę później powinny być dalej zdatne do użytku, zamiast skończyć w kontenerze PCK jak typowa szmata z Zary bądź innego fast-fashion. 



W dłuższej perspektywie zaoszczędzisz zarówno pieniądze jak i czas spędzany w galeriach handlowych, odwiedzając kolejną sieciówkę w poszukiwaniu czegoś normalnego do noszenia, przedzierając się wśród rekwizytów kolejnej reaktywowanej mody sprzed 20 lat. Zostaje kwestia wahań wagowych, które mogą udaremnić ten plan, lecz to sprawa zbyt indywidualna by ją tutaj rozgrzebywać.


Zaoranie tego co już ci nie służy

Dorosłe życie nie pozostawia wiele czasu wolnego, bez względu na to czy jesteś bezdzietnym lambadziarzem czy mamą na pełen etat. Po 30-tce warto zastanowić się - co i kto czyni cię szczęśliwszym? Jakie to osoby, czynności, miejsca, zajęcia? Za czym i za kim tęsknisz po dłuższej przerwie? A może nie tęsknisz wcale?

Jeśli odpowiedzią jest ostatnie, najwyższa pora zaorać rzeczone elementy. To że przysłużyły ci się wcześniej, nie oznacza że będą służyć i dziś. Kiedyś mogły być kompatybilne z tobą i ówczesną rzeczywistością, ale życie się zmieniło i już nie są.

Może to właściwa pora by posprzątać social media z ludzkiego szumu - pousuwać z Instagrama milczących obserwatorów (ludzi których nie widziałeś od 5 lat i nie wymieniasz już z nimi nawet zdawkowych DM-ów). Wszystko płynie i nie warto tracić energii na zawracanie kijem Wisły czy odpalanie z kabli martwych od lat znajomości. Znajdź sobie nową rzekę i elo.

środa, 30 lipca 2025

Gorączka letniego weekendu

Złapałem się ostatnio na tym, że dawno nic tu nie publikowałem i jakoś ciężko mi wypuścić nawet ten 1 wpis na 2 miesiące. Chwilę pomyślałem nad przyczynami tej sytuacji i voilla - jest pomysł na nowy wpis.

Funkcjonując cały rok w polskim klimacie, trudno nie odnieść wrażenia że podział na 4 pory roku stał się bardziej symbolicznym i typowo kalendarzowym konceptem. Nie wgłębiając się w zmiany klimatyczne, mam na myśli linię, która oddziela od siebie dwa okresy. Jeden nadaje się do życia, wychodzenia z domu i robienia tam rzeczy, a drugi cóż - nie. Mając w pamięci dostępność wolnego czasu u człowieka pracującego, millenialsowe hobby i wydarzenia życiowe wczesnych lat 30-tych, otrzymujemy dwa całkowicie przeciwstawne sezony.



7 miesięcy ciemności

Ten gorszy to skąpany w ciemnościach festiwal Netflix&chill, czytania kryminałów pod kocykiem, grania na konsoli i takich tam. Pewne sporty da się wówczas uprawiać w ogrzewanych halach, boiskach pod dmuchanymi pokrowcami czy obiektami całorocznymi typu ścianka, basen czy siłownia. Jeśli mieszkasz na południu Polski to możesz często jeździć w góry i nie powiem, to się przydaje. Choć generalnie okres od listopada do kwietnia prezentuje się dość stacjonarnie i wewnątrz-mieszkaniowo. Widoczne oznaki stanu bliskiego hibernacji i biernego przetrwania tej szarej pizgawicy, w oczekiwaniu na lepsze.



5 miesięcy jasności

To lepsze w końcu nadchodzi, wraz z przestawieniem czasu na letni. W majówkę zostaje oficjalnie zatwierdzone przez naród odpaleniem grilla lub 2-litrowego diesla by wyjechać na te kilka dni w jakieś popularne i zatłoczone rodakami miejsce typu Bieszczady czy Chorwacja. Długi weekend majowy jest w polskim kalendarzu trochę jak machnięcie flagą z szachownicą. Otwiera wyścig, w którym o nasz czas wolny ścigają się wszelkiego gatunku wycieczki outdoorowe - piesze/górskie, rowerowe, nad jezioro/plażingowe czy krajowe miastoprzerwy. Wydaje się dużo - a to nawet nie połowa dostępnych opcji! 



Zatrzęsienie propozycji

To także okres komunijny, czas imprez firmowych ale przede wszystkim sezon ślubny. Skoro będzie ślub to przed nim również wieczór kawalerski czy panieński. A to nie jest spokojny weekend wypoczynkowy, o nie! Akceptanci zaproszeń muszą zmierzyć się dużym zapotrzebowaniem na zasoby energetyczno-urlopowo-finansowe. Po wszystkim uczestnicy liczą wydatki, a właściciele białych limuzyn i domków z jacuzzi przychody. Tu przyznam otwarcie, że niezmiernie cieszę się z faktu, iż w 2025 roku liczba wesel w których biorę udział wynosi 0.

Skoro już jesteśmy przy drogich i relatywnie krótkich eventach, nie zapominajmy o letnich festiwalach muzycznych, których obrodziło w tym roku wyjątkowo. Nie sposób ogarnąć samych nowych graczy typu ZORZA czy Bittersweet Festival, a równolegle istnieją przecież wieloletnie marki festiwalowe. Duży wybór cieszy, natomiast wołanie coraz bardziej odrealnionych kwot za te same nazwiska rok w rok (oznaczono użytkownika Męskie Granie) bądź karnety w cenie przyzwoitego smartfona (pozdro Opener) zasługują na potępienie. No cóż, tam przynajmniej każdy jedzie z własnej woli, bez podstępnie chwytających macek około ślubnych konwenansów i wypada-mi-iść-dylematów.



Palmę pierwszeństwa dzierży jednak długi urlop, będący zazwyczaj najdłuższym i najdroższym paskiem w kalendarzu. Tutaj mógłbym wstawić ze 3 akapity o tym dlaczego targanie się po kazachskich stepach z plecakiem 80l jest durnym pomysłem na spędzenie czasu z dala od służbowego Lenovo, ale spokojnie - o tym innym razem XD.
Długi urlop każdy spędza jak chce, a właściwie każdy pomysł będzie kosztował niemało (dość zabawne, że remont będzie z nich najdroższy). Zmierzam teraz do czegoś innego.


Wymagane czynności

Po pierwsze, dowolna z tych letnich aktywności wymaga znacznych zasobów czasowych i energetycznych na organizację. Jeśli masz ochotę na festiwal, sprawa jest prosta - szukasz ekipy, a resztę się zateguje, bo nie ma większego znaczenia. Jednak gdy jedziesz na krótki wypad ze znajomymi, gdzie będziecie robić określone rzeczy, przed wyruszeniem w drogę należy wybrać dojazd i poszukać noclegu. Każdy scenariusz poza jazdą własnym autem i spaniem na polu namiotowym wymaga poczynienia rezerwacji z wyprzedzeniem.

 

Biletowe pole position

Część z was pewnie wie jak szybko wyprzedają się bilety kolejowe w sezonie letnim, czy sensowne noclegi w atrakcyjnych miejscach. Nieraz okazuje się, że jest później niż nam się wydaje i trzeba rezerwować coś w dniu kiedy "mieliśmy się tylko rozejrzeć po ofertach". Jadąc pociągiem z rowerami trzeba wręcz ustawiać alerty w kalendarzu, by zaklepać bilety jak tylko ruszy sprzedaż, tj. 30 dni przed odjazdem. Sumarycznie robi się z tego dużo czasu i wysiłku poświęcanego tylko na to, by nie dać się wyprzedzić innym bestiom żądnym wypoczynku, a cały wyjazd mógł dojść do skutku.




Rekomendowane planowanie

Po drugie, jeśli wchodzisz w ciepły sezon bez przynajmniej zarysu jakichś pomysłów wyjazdowo-eventowych, to ani się obejrzysz a lato będzie już na półmetku. Już nie będę męczyć tu oczywistościami typu jak bardzo czas zaczyna zapierdalać po 30-tce, ale mam wrażenie że latem pędzi on jeszcze szybciej. Bo nie każdy dzień to doskonale umiarkowane 24 stopnie, spokojny wieczór i piękny zachód słońca. Część z nich siłą rzeczy idzie do kosza - jak nie lampa 33 stopnie i UV 11/10, to stopni 16 i deszcz. 



Druga część marnuje się przez prozę życia - kiedyś trzeba uzupełnić lodówkę albo po prostu sobie klapnąć i porobić nic, po dniu pełnym wyjątkowo zbędnych calli na MS Teams. Dodasz to wszystko do siebie i nagle okazuje się, że ten weekend wyjazdowy nie jest za 21 dni, tylko za 48h. A tu trzeba jeszcze wyprać ciuchy, wypłacić gotówkę, naładować powerbank i kupić kabanosy na drogę.


Ukryte wydatki czasowe

Po trzecie, jeden unit wyjazdowy nie obejmuje wyłącznie godzin które spędzasz na dojeździe i czasu spędzonego u celu. Są jeszcze te wszystkie czynności przed nim - jak messengerowy konsulting, wypady do sklepu gdzie zazwyczaj nie chodzisz, poszukiwanie rzadziej używanych akcesoriów czy itemów, które ostatni raz widziałeś przy przeprowadzce. Po powrocie zaś kolejny plasterek czasu zabiera ogarnianie przywiezionego zestawu - puszczenie prania, wyrzucenie zwiniętych w kulkę folii aluminiowych czy paragonowe rozliczenia i wysłanie BLIK-ów.



Trzeszczące kalendarze

Po czwarte, nawet jeśli wasze letnie weekendy nie są wypełnione gonitwą wyjazdową i chcielibyście po prostu spotkać się wtedy z jednym z rzadziej widywanych znajomych - ZAPOMNIJCIE. Nawet jeśli w dany weekend masz wolny slot, druga strona niemal bankowo ma już go zajęty jakąś pozycją ze zbioru omówionego wyżej. Więc zostaje albo w tygodniu po robocie, albo please try again later - a najlepiej poczekaj se pan co najmniej do września.




Powoli już podsumowując, trudno nie odnieść wrażenia, że sezon letni oprócz krótkich spodni i kremu z filtrem, nosi także pelerynę uszytą z zapierdolu. Mimo swych niewątpliwych walorów, latem oprócz świerszczy słychać również tykający zegar. Gdzieś w tle czai się napięcie, poczucie że trzeba zdążyć - póki dzień długi i liście zielone. Złapać słońca, pochodzić po piasku, założyć chociaż raz ten fajny wakacyjny T-shirt. Zanim kombajny skoszą zboże, w parkach zgniją dzikie śliwki i znowu nadejdzie ten okropny zimny okres, gdy jedyne co się chce to bindżować seriale, jeść cukier i szkicować plany na przyszły sezon. 

Jako nieskrywany entuzjasta planowania radzę te plany nakreślić - nim zastanie was kolejne lato. Bo do tego czasu Zalewski, Kortez i Daria Zawiałow z pewnością wyprodukują kolejny utwór o tym jak stają do walki i biegną z wiatrem, by podbijać kosmos 🤮


The Social Network shutdown. Dlaczego po 30-tce tracimy zainteresowanie innymi ludźmi?

Jedną z wielu dyskusyjnych atrakcji lat 30-tych (a trochę ich już na tym blogu omówiłem), jest znane każdemu z nas stopniowe zwijanie się ży...