piątek, 27 grudnia 2024

Szukanie pracy w 2024 to apogeum ludzkiego męczeństwa

Zbliża się koniec roku. Gdyby ktoś zapytał mnie co robiłem w 2024, bez wahania odpowiedziałbym że szukałem pracy, a potem długo długo nic. To 'wspaniałe' zajęcie którego szczerze nienawidzi prawie każdy dorosły człowiek, w jeszcze bieżącym, odwrotnie wspaniałym 2024 roku wykończyło mnie psychicznie bardziej niż matematyka rozszerzona w liceum z dyrektorem furiatem-alkoholikiem (nie pozdrawiam, bo nie żyje).




To nie tak miało wyglądać

Od kwietnia do grudnia tego roku wysłałem 400 CV. Dostałem między 50 a 100 odmów (po nr 50 przestałem liczyć). Dwukrotnie wpadło ich 5 w ciągu 1 dnia. Konsternację i rozbawienie z nutką tragizmu dostarczyły te, które przyszły z takim opóźnieniem, że w momencie ich czytania już nie pamiętałem co to była za firma ani stanowisko. Podobnie jak maile, które informują wyłącznie o tym, że stanowisko zostało obsadzone (eee co mam niby z tym zrobić, odesłać wam gratulacje?) 

Dziś jestem w stanie zacytować z pamięci angielską formułkę o odrzuceniu aplikacji i po samym podglądzie powiadomienia o mailu stwierdzić czy jest odpowiedzią odmowną. Wśród znajomych, którzy również szukali pracy w IT w 2024 roku, rekord wynosi 280 odmów (!!!). To istnieje tyle firm z tej branży w Krakowie?


9 miesięcy poszukiwań i marne efekty

Same rozmowy to plejada różnych doświadczeń - oprócz tych mocno standardowych były pogadanki z ciocią w średnim wieku business edition i trafił się odpowiednik wyjścia do teatru online ze scenografią z palety MS Teams. Rozbawiła mnie też sytuacja gdy podczas rozmowy stacjonarnej w biurze, jedna z 2 osób była na nim obecna tylko duchem i przemawiało się do laptopa z uruchomionym samym audio. 

Nieco mniej zabawne były te z POV gestapowskie przesłuchanie, którego celem jest znalezienie dowodów na zbrodnię niekompetencji kandydata (tutaj nie pozdrawiam firmy która niedawno zmieniła siedzibę i mieści się teraz w Vinci na Opolskiej). Sama jedna rozmowa potrafi zająć tyle czasu, że udało mi się... wylecieć z roboty przez szukanie innej pracy 😆. Ale o tym niesławnym zakładzie pracy biurowej będzie jeszcze pisane.


Dość żenującym zajęciem jest mailowe przypominanie się rekruterom co z naszą aplikacją. Im dłuższe milczenie z ich strony od czasu przeprowadzonej z tobą rozmowy, tym większa szansa, że zdecydowali się move forward with another candidate.
Same p
owody dla których można nie dostać pracy w 2024, wydają się nie mieć końca:

  1. Brak doświadczenia z X - to może być cokolwiek, jakaś technologia, narzędzie, współpraca z klientem zagranicznym
  2. Zbyt dużo doświadczenia - stanowisko raczej dla początkujących, proste zadania, tzw. entry-level. Niestety oznacza to, że twoje oczekiwania finansowe większe niż minimalna krajowa są zbyt ambitne, bo mamy 47 innych desperatów, którzy takie pieniądze zaakceptują.
  3. Jakiekolwiek istotne doświadczenie - firma najczęściej duża lub bardzo duża, szuka ludzi zaraz po studiach, których "ulepi" po swojemu. Oni zaś będą ich całować po menedżerskich nogach za "możliwości rozwoju".
  4. Brak spełnienia wymagań dodatkowych - przed 2024 ten powód raczej się nie zdarzał, ale teraz sami wiecie. Dziś wystarczy, że ktoś inny je spełnił, mając równocześnie twój zestaw skilli - co przy 100+ nadesłanych CV nie jest rzadkością. Dla ciebie oznacza to jedno - game over w tym procesie.



Czy odniosłem jakieś korzyści z całej tej męczarni? 

Tak - teraz pamiętam swoje ostatnie doświadczenie lepiej niż kiedykolwiek - nawet bardziej niż gdy tam pracowałem. Wymaksowałem moje CV do niemożliwości, po wielokrotnych konsultacjach ze znajomymi i specjalistami od HR.
Co weszło w skład modyfikacji? Zamiana kolejności sekcji, przepisanie od nowa obowiązków 
i wrzucenie pomiędzy nie słów kluczowych. Podział umiejętności na twarde i miękkie i zaoszczędzenie paru linijek miejsca wprowadzając drugą kolumnę bullet-pointów, czy wywalając zapychacze typu zainteresowania.

Nauczyłem się rozpoznawać gówno-firmy w toku procesu rekrutacyjnego. Przygotowałem sobie listę pytań o istotne dla mnie kwestie. Zdałem sobie sprawę, że można i warto pytać o widełki wynagrodzenia. Wybrałem się na 3 różne targi pracy - niby po nic, ale z każdych coś wyniosłem oprócz gadżetów - np. zrobiłem sobie eleganckie zdjęcie, które powędrowało na LinkedIn.



Rady które mogę dać innym: 

  1. Uwaga na fejkowe ogłoszenia - jeśli aplikujecie na stanowisko i nie następuje absolutnie żaden odzew (lub proces kończy się generyczną odmową mailową), po czym za jakiś czas widzicie dokładnie tę samą ofertę ponownie, można być niemal pewnym, że firma nikogo nie szuka, tylko "zaznacza swoją obecność" w portalach z ogłoszeniami. To idiotyczna i szkodliwa praktyka, którą tłumaczy się mętnym employer-brandingowym bełkotem.  
  2. Absurdalnie długie procesy / zgrzyty wokół umowy - szanujcie się i odrzucajcie rekrutacje z 5 etapami, kwiatki typu brak UoP/tylko B2B, czas pracy 8:30h i brak home office (dotyczy typowej roboty biurowej).
  3. Brak feedbacku / rekruter Hindus - olewajcie firmy, gdzie po 2 tygodniach od rozmowy trzeba się przypominać o jej wynik. Najczęściej by dostać odmowę 😣 Nazbierałem kilka takich huncwotów i póki o nich pamiętam, to więcej tam nie zaaplikuję. Odnośnie rasizmu, sorry not sorry, ale tak po prostu jest. Szansa na zamarcie procesu w losowym momencie w przypadku rekrutera tej narodowości wynosi 98%.
  4. Porady od znajomych - podsuwajcie im swoje CV i pytajcie co o nim myślą. Każda z tych osób prawdopodobnie wam podpowie coś istotnego - takiego, że natychmiast skwitujecie "o cholera faktycznie, że ja tego nie zauważyłem!"



Ciesz się, jeśli nie musiał_ś przerabiać tego osobiście

Zaprawdę nie wiem jak w tym roku pracy szukają ludzie, którzy jednocześnie pracują na pełen etat i najlepiej jeszcze mają w swojej aktualnej zapierdol. Obecna sytuacja czyni to zajęcie niebywale czasochłonnym, frustrującym i nieskutecznym. Zapewne kto nie musi to teraz nie szuka, słysząc jak to obecnie wygląda - nie tylko w IT. No chyba że kogoś przyciśnie combo typu rata kredytu + brak przychodu, zostawiając zero innych opcji na horyzoncie.

Podsumowując, jestem wykończony tym wszystkim - a nawet jeszcze nie znalazłem i zacząłem tej właściwej pracy! 😞 W kolejnej części opowiem nieco o posadach z założenia lub niespodziewanie tymczasowych, gdzie spędziłem trochę czasu w tym antyludzkim i bezwzględnym okresie na rynku pracy.

 

piątek, 6 grudnia 2024

Pora odpuścić sobie podróżowanie do dużych miast

Opublikowany jakiś czas temu wpis o millenialsach podróżujących bez sensu zostawił mnie z uczuciem, że temat jest nazbyt wdzięczny i aktualny, by nie pociągnąć go dalej i doprawić bardziej precyzyjnym komentarzem. Po ostatnich namysłach doszedłem do wniosku, że trzeba włożyć pieniądze gdzie moje usta i zrewidować z tamtym wpisem moje własne plany turystyczne. 

Wniosek który nasunął mi się jako pierwszy - najwyższa pora zakończyć etap zwiedzania dużych miast. Głównie stolic oraz drugich/trzecich pod względem wielkości, coś typu 500k mieszkańców i więcej. Stoi za tym cały szereg powodów, począwszy od faktu, że...


Europa którą widziałem niegdyś w zachodniej TV, już nie istnieje

Zdarzyło mi się oglądać kilka relatywnie starych już programów dokumentalnych z BBC (np. Jeremy Clarkson: Meets the Neighbours z 2002 roku), na których Europa wygląda absolutnie wspaniale. Zachód at its finest - szyk, klasa i optymizm, aż się chce wsiąść w Lufthansę i zwiedzać to wszystko. Niestety od czasu nakręcania tych materiałów minęło sporo lat i wiele miast nie jest już tym, czym byśmy chcieli. Stały się; 

  • zbyt czarne i niebezpieczne (Paryż, Marsylia, Bruksela, Malmo) 
  • upiornie gorące i brudne (Ateny, Rzym, Palermo) 
  • wielokulturowe do porzygu (Londyn, Berlin, Wiedeń) 
  • zadeptane do niemożliwości (Barcelona, Amsterdam, Rzym

Złożyło się na to wiele czynników jak imigracja, polityka UE, kryzys ekonomiczny z roku 2008, rozwój turystyki ogólnie, rosnące w potęgę social media i mniejsze zjawiska których nie będę tu szczegółowo omawiać. 

Aby przybliżyć stopień rozciągnięcia w czasie tego zjawiska, weźmy Francję i charakterystyczne dla niej zamieszki i tradycję podpalania samochodów. W 2024 newsy o takim wandalizmie nie robią wrażenia - ot kolejny dzień w Paryżu. Jednak początkowo było to zachowanie szokujące i odnotowane przez media w całej Europie. Kto zgadnie kiedy miał miejsce początek tej tradycji? Otóż był to rok 2005 - 19 lat temu!

Paryż pod koniec 2000s


Inne wydarzenia które znacząco odbiły się na kondycji i składzie osobowym XXI-wiecznej Europy Zachodniej są nieco mniej odległe, ale także istotne: 

  • Arabska Wiosna - 2011 
  • Kulminacja kryzysu migracyjnego - 2015 
  • Szczyt udanych cumowań pontonów na Lampeduzie - 2016

Skutki tych wydarzeń widać do dziś. Niekoniecznie w Polsce - bardziej w bogatszych krajach z rozwiniętym socjalem, gdzie w niektóre dzielnice niezbyt chce zapuszczać się nawet policja. Jednak od imigrantów na ulicach europejskich miast bardziej kłuje w oczy co innego - globalizacja. Myślę, że nie jestem jedynym który odnosi wrażenie, że to zjawisko zaszło za daleko. Mniej więcej po 2010, a szczególnie po 2015 roku nastąpiła ogromna... 


Unifikacja obiektów drugoplanowych

Można do tego zbioru wrzucić naprawdę wiele, jak choćby samochody. Polecam znaleźć dowolne nagranie z europejskich ulic z lat 2000. Szybko wyłapiemy różnice - dzisiaj auta to coraz mniej różniące się od siebie bryły ukształtowane przez aerodynamikę i bezpieczeństwo pieszych. Nastąpiło okrojenie palety dostępnych kolorów na rzecz odcieni szarości oraz inwazja generycznych SUV-ów i crossoverów, które wyparły z rynku wiele innych typów nadwozi jak coupe czy minivany. Zniknęły także marki charakterystyczne dla danego państwa - Rover dla UK, Saab dla Szwecji. Nastąpił silny regres Fiata tam gdzie dotąd był mocny - Polska i Włochy. 

Obecnie europejskie ulice pływają w zupie stellantisowo-koreańskiej z kawałkami niemieckiego premium. Drugie danie stanowi Toyota i Renault z Dacią, ale w kierunku stołu ruszyli już z bloków startowych Chińczycy, by załatwić wszystkich dumpingowymi cenami. 

Chiński SUV marki Lynk&Co w Sewilli


To samo dotyczy gadżetów technologicznych. Weźmy najbardziej oczywiste smartfony, które wymiotły z rynku wiele urządzeń, które niejako zastąpiły. Telefon komórkowy, aparat cyfrowy, kamera wideo, odtwarzacz mp3, nawigacja samochodowa.
Każde z tych urządzeń miało niegdyś liczne modele i odmiany charakterystyczne dla danego regionu - z niewiadomych względów dostępne wyłącznie na danym rynku. I tylko udając się do danego kraju, mieliśmy możliwość wypatrzeć takie urządzenia.

Dziś próżno szukać takiej różnorodności - smartfony są globalne, a ten sam ajfon czy siaomi ląduje w sprzedaży w USA, Europie i Korei. Zresztą, w 2024 nawet i marka jest bez znaczenia, odkąd wszystkie smartfony wyglądają i działają identycznie. 


Generic_background.jpeg

Ostatnim elementem są sieciówki. Większość sieci handlowych czy marek ubraniowych jest dostępna w prawie całej Europie kontynentalnej. IKEA, Leroy Merlin czy H&M stopniowo zalały swoimi zunifikowanymi produktami cały kontynent i to widać. Każdy niedawno (2015+) wyposażony hostel czy apartament pod AirBnB wygląda identycznie - nieważne czy znajduje się w Hiszpanii, Niemczech czy Skandynawii. I równie identycznie wyglądają nocujący w nich ludzie - odziani w miks produktów, które można kupić w każdej galerii handlowej w dowolnym europejskim państwie. 

Każdy ogródek każdego hostelu

Rekiny handlu detalicznego c.d.

Przez ostatnich 20 lat dokonało się również wiele przejęć, fuzji i rebrandingów w różnych branżach, skutkiem czego państwa zaczęły tracić lokalne marki na rzecz ujednoliconych brandów korporacyjnych. Tak stało się przykładowo w telekomunikacji w Polsce (nie ma już Idei czy Ery, zamiast nich jest Orange i T-Mobile) czy sektorze paliwowym, gdy brytyjskie BP przejęło niemiecką sieć Aral i zlikwidowało tę markę poza ich ojczyzną. Podobny los spotkał popularną niegdyś w Europie Środkowej sieć Hypernova, przejętą przez Carrefour, który wchłonął także polską sieć handlową Plus.

Pewnym bastionem oryginalności są sieci spożywcze i drogerie, które działają bardziej lokalnie i powtarzają się tylko w sąsiadujących ze sobą, powiązanych gospodarczo krajach (np. Mercadona w Hiszpanii i Portugalii czy DM w krajach niemieckojęzycznych i ich sąsiadach).



Atrakcje turystyczne starter pack

Po zwiedzeniu większej ilości większych miast w Europie, trudno uciec od wrażenia, że gdziekolwiek się nie pojedzie, to w ich centrum oglądamy właściwie jedno i to samo. POV stare miasto wygląda zazwyczaj podobnie - rynki, zamki, twierdze, pałace, mury obronne, katedry, bazyliki. Austro-węgierskie kamienice lub śródziemnomorskie wąskie uliczki. Masywny budynek ratusza, kolumna Trójcy Świętej i pomnik jakiegoś typa na koniu. Większe regiony Europy (i nie tylko) ze wspólną historią mają to do siebie, że w sąsiadujących ze sobą krajach centrum miasta wygląda bardzo podobnie.


Problemy gastronomiczne

Duże miasto oznacza drogą ziemię. Droga ziemia oznacza drogi czynsz. A to sprawia, że knajpy operujące w centrum muszą na niego zarobić, działając wg jednej z 2 strategii - walczyć jakością lub ceną. Pierwsza to eleganckie restauracje z kieliszkami stojącymi do góry dnem na białym obrusie, gdzie targetem jest zamożna klientela. Tam zje się dobrze, ale drogo. Druga to stosunkowo obskurne miejsca, gdzie cena jest dość atrakcyjna, lecz jakość jedzenia i anturaż niekoniecznie. 

Znalezienie czegoś stojącego pomiędzy tymi opcjami wymaga nieraz sporego wysiłku, wcześniejszego researchu, czy poproszenia o rekomendacje lokalsa. Zwykle trzeba oddalić się trochę od zadeptanego centrum, by dorwać takie miejsce. Im większe miasto, tym bardziej ten problem jest widoczny - najlepszym przykładem są rzecz jasna stolice.

Ciekawe ile ma dolarów na mapach Google


Autentyczność not found 

Od 2022 roku większość południa Europy doświadcza post-covidowego odbicia popytu w turystyce. Ludzie podróżują jak wściekli i to widać. Tłumy w sezonie w kurortach nadmorskich raczej nikogo nie dziwią, ale kosmiczne skoki popularności różnych miejscówek już tak (pozdro dla Madery). 

Turystyka instagramowa potrafi zrujnować każdą lokację, ściągając na miejsce setki identycznych ludzi sprofilowanych przez algorytm rolkowy. Nie dość że przeciskanie się przez tłok nikomu nie służy, to jeszcze lokalna społeczność 'zyskuje' na tym głównie zwiększone zanieczyszczenie, korki, dodatkowe odpady etc. Zwiększa się znacząco popyt na noclegi, a zatem ich ceny. To samo dzieje się ze wstępami.

Finalny skutek jest taki, że danego miasta właściwie to nie widać spod tabunu turystów, chodzących po tych samych atrakcjach. Mieszkańcy dawno się wynieśli z historycznego centrum, zniechęceni całodobowym hałasem czy zmuszeni do tego przez właścicieli nieruchomości, przekształcających kolejne mieszkanie w apartament pod AirBnB. 

Porto, ścisłe centrum


Atrakcjom położonym poza miastem towarzyszą mniej dotkliwe problemy jak gąszcz aut parkujących w ich pobliżu "na dżdżownicę", czy stawiane gdzie popadnie stragany z pamiątkami i foodtrucki. 

Sami lokalsi prowadzący noclegi w miejscach dotkniętych szokiem popytowo-rolkowym, tkwią w pewnego rodzaju konflikcie. Z jednej strony, jako mieszkańców uwiera ich problem nadmiaru turystów, ale z drugiej mogą nieźle na nich zarobić stosunkowo niewielkim wysiłkiem. Finalnie wychylają nosa ze swoich domostw możliwie rzadko - gdy trzeba zmienić pościel czy pobrać opłatę klimatyczną w gotówce. 


CO TERAS?

Jaka płynie z tego konkluzja? Jeśli widziałeś już trochę europejskich wielkich miast, zwiedzanie kolejnych dla samego zaliczania to na dłuższą metę strata czasu. Oglądanie centrum nie wniesie niczego nowego w kategorii zabytków czy ogólnej estetyki. Po obejrzeniu kilku z nich leżących w tej samej części kontynentu, zauważycie, że otacza was ten sam starter pack z danego regionu geograficzno-historycznego. 

Nasuwa się pytanie - co teraz? Czy mam do końca życia siedzieć w domu? A może przeprogramować się na all inclusive? Odpowiedź - w jednym z kolejnych wpisów 😏

piątek, 22 listopada 2024

Dlaczego wszyscy biegają w 2020s?

Mieszkając w dużym mieście jesteśmy otoczeni przez wiele jego stałych elementów z zakresu budownictwa, infrastruktury, czy transportu. Ale miasto to głównie ludzie, dużo ludzi na małej przestrzeni. Wśród mas chodzących po ulicach, od końca poprzedniej dekady lawinowo zaczął rosnąć odsetek tych biegających. Coś na zasadzie Toyoty Prius II w ruchu ulicznym - zawsze jakieś istniały, ale przez ostatnie 2-3 lata wysypało ich niebotyczne ilości w ramach taksówek na aplikację i stały się totalnie wszechobecne. 

I tak samo jak dziś nie ma ruchu miejskiego bez Priusa, tak nie ma chodników bez biegaczy. Biegają twoi znajomi, twój szef, twoja eks i twoja przyszła też. To dobry moment by zastanowić się i spróbować odpowiedzieć - dlaczego wszyscy biegają w 2020s? 



Koszty

Bieganie jako sport jest tanie i dostępne. Nie ma drugiego sportu z tak niskim progiem wejścia od strony wydatków. By zacząć biegać nie potrzeba masywnego sprzętu, którego nie ma potem gdzie trzymać w ciasnym deweloperskim mieszkaniu. Buty, spodenki i koszulka termo za 30 zł z Decathlonu zupełnie wystarczą na początek. Oczywiście na tym zazwyczaj się nie kończy, ale to temat na zupełnie inną dyskusję.



Efektywność

Bieganie jest efektywne w spalaniu kalorii i zajmuje niewiele czasu. Szczególnie jeśli policzyć czas od zamknięcia drzwi mieszkania do rozpoczęcia treningu. Nieważne jak busy jest twój schedule, zwykle da radę wcisnąć trening pomiędzy różne wieczorne zajęcia lub klocki tworzące weekend. Nie wymaga też udania się do zadaszonych obiektów, a nawet specjalnych nawierzchni - wystarczy park lub osiedlowe alejki. Niektórzy szaleńcy biegają wzdłuż ruchliwych ulic tonąc w hałasie i pyle PM10, nie widząc w tym nic groźnego, ale to zupełnie inny temat.


Wyjście z domu

Korpo ludzie po całym dniu gapienia się w ekran komputera potrzebują ruchu i wyjścia na zewnątrz. Pandemia udowodniła, że bezustanne siedzenie w mieszkaniu i lampienie się w monitor nie kończy się dobrze. Trzeba raz na jakiś czas skupić wzrok na czym leżącym dalej niż 1,5m od nas i rozprostować szkielet, by nie stać się ludzką krewetką na fotelu obrotowym. 



Debodźcing

Kolejny punkt niejako wynika z poprzedniego - po pracy umysłowej bardzo pożądanym jest odpoczynek od bodźców. Sport gdzie leci się na autopilocie przez godzinę, jest w tym kontekście doskonałym rozwiązaniem. Wpinasz bieg i drałujesz te 30 czy 60 minut - aż krew i limfa zacznie krążyć jak należy, a ty wytrzepiesz ze świadomości opary niesmaku po kolejnym callu, który mógł być mailem.

Zostając przy bodźcach - niejeden człowiek w wieku 40+ przyparty do muru zgodzi się, że bieganie znakomicie sprawdza się jako chwilowa ucieczka od żony/męża i dzieci. W końcu to wyjście z domu jest umotywowane zdrowotnie, zatem druga połówka nie ma wielkiego pola do przypierdolenia się. Czas spędzony na bieganiu można zaliczyć do zbioru me-time - nieco męczącego, ale wciąż.



Towarzystwo

Stosunkowo łatwo jest dziś znaleźć towarzysza do biegania, szczególnie w dużym mieście. Im nowszy blok i więcej sztuk Toyoty C-HR/ Kii Sportage na podziemnym parkingu, tym łatwiej. Piszesz do Agnieszki z 3 piętra albo Justyny z bloku obok dzień wcześniej i cyk, w następny wieczór można truchtać razem, jednocześnie omawiając najnowsze trendy żywieniowe, krzywizny we wspólnocie mieszkaniowej czy problemy z dziećmi. 



Money-maker

Wreszcie - to także świetny biznes. Nie tylko dla firm produkujących buty czy stroje, ale dla organizatorów biegów miejskich czy business runów, które doskonale sprawdzają się jako narzędzie promocyjne. Podobno po zaangażowaniu się korporacji w biegi biznesowe i wystawianiu doń drużyn złożonych ze swoich pracowników, znajomość pojęcia team spirit wśród zatrudnionych wzrosła o 376% na przestrzeni lat 2015-2019 (źródło - IDzD). To samo źródło podaje, że gdyby biznes-biegi przestały istnieć z dnia na dzień, połowa specjalistów ds. employer-brandingu straciłaby pracę. 


Content-maker

Wydarzenia sportowe związane z bieganiem są wdzięczną okazją do farmienia kontentu nie tylko dla korporacji, ale i samych uczestników. Czymże byłby dziś Instagram (a także LinkedIn) typowego millenialsa bez zdjęcia z medalem przygryzanym zębami za uczestnictwo w Insert_Name-półmaratonie? Lub stojąc umorusanym błotem na ściance lub podium ustawionym na mecie Runmageddonu?
Takie zdjęcie wypada mieć w swojej galerii, bo pokazujesz się w ten sposób jako osoba aktywna sportowo, nie bojąca się wyzwań ani wydania 250 zł na pakiet startowy. Świetnie nada się także do wrzucenia na Tindera.


Wyzwanie

Większość biegaczy to ludzie pracujący. A dorosłe życie to generalnie nudy - praca, obowiązki i stanie w kolejce do kasy samoobsługowej. W samej pracy wyzwań nie brakuje, ale nich podejmujemy się dla pieniędzy, a nie własnej satysfakcji. Po paru latach na etacie ludzi dopada dzień świstaka. Niby idą z życiem do przodu, ale jakoś tego nie czuć. Brak nowości, nic wyjątkowego się już nie dzieje. A skoro już biegają w miarę regularnie, to pomysł nasuwa się sam - przebiec maraton! Albo chociaż półmaraton lub coś jeszcze krótszego, jeśli kondycja lub zdrowie nie pozwala.

Jak podaje dwutygodnik miejski KRAKÓW.PL w zorganizowanych jesienią 2024 w Krakowie biegach 17. PKO Biegu Trzech Kopców, 10. Cracovia Półmaratonie Królewskim i biegu na dystansie 5 km „Czaniecka Piątka” wystartowało łącznie ponad 15 tys. uczestników. Wszystkie trzy wydarzenia cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, że limity uczestników zostały wyczerpane na długo przed startami. 

Skąd się bierze szalona popularność tych wydarzeń? Moim zdaniem, zarówno ludzie 25+ jak i 40+ decydując się na (pół)maraton, Business Run czy inny bieg na określoną odległość, mają dokładnie ten sam motyw.
Udowodnić samemu sobie, że są jeszcze w stanie coś 
w życiu osiągnąć.



piątek, 8 listopada 2024

6 rzeczy których nie ma sensu już robić po 30-tce

Jedną z moich 'ulubionych' bzdur którą rozpowszechniają kołczowie, psychonauci i inne hiper-optymistycznie nastawione osobniki, jest twierdzenie, że nieważne ile masz lat, na wszystko w życiu masz jeszcze czas. Dorosły, nie bujający już w obłokach człowiek wie, że to zwykłe brednie. Każda dekada życia ma swoje żelazo, które należy kuć póki gorące, bo gdy ostygnie, staje się bezużyteczne. Podczas zbierania podpunktów do tego wpisu, wahałem się nad dopisaniem jeszcze z 3-4 aktywności - żeby dobić do okrągłej 10-tki, tak pożądanej we wpisach typu Top Srylion.

Jednak doszedłem do wniosku, że niektóre z nich nie są całkowicie bezcelowe i uniwersalnie bezsensowne, bo znajdą się jednostki które będą w stanie zrobić z nich użytek. Przykładem jest szukanie nowych grup towarzyskich związanych z zainteresowaniami, sportem czy pójście na nowe studia lub podyplomówkę. Wracając do sedna, oto 6 zajęć których dalsze uskutecznianie po 30-tce jest stratą czasu, daremnym trudem i przepisem na frustrację:


1) Chodzenie do klubów typu eskomaxxx

Jakże to brutalna zmiana. To o czym marzyłeś mając lat 16 i robiłeś w wieku 20, dekadę później budzi niesmak i niedowierzanie, że ludzie tak spędzają czas. Najpierw krzywisz się płacąc za wstęp, a potem jest tylko gorzej. Nieznośny w tym wieku hałas, absurdalnie drogi alkohol. Duszno od tłumu, a na parkiecie dudni muzyka której nie znasz. Wszędzie dookoła dziwnie ubrani ludzie o 10 lat młodsi, co tylko przypomina ci ile masz lat. Cośtam się pobujasz do hitów swojej młodości wrzuconej jako niemal-vintage-przerywnik do aktualnych trendów, ale to tyle. Godzina lekcyjna w takich warunkach i masz ochotę się ewakuować. Nic tu po nas.



2) Chlanie jak student

Po pierwsze - kiedy to w ogóle robić, pracując na etat? Są jednak tacy którym udaje się znaleźć czas na ekstensywną alkoholizację i nie szkoda im niedzieli na późniejsze zdychanie czy ryzykowanie przypału w pracy. Bo jeśli o bezsensie tego zajęcia nie przypomni ci morderczy kac na drugi dzień, zrobi to stan konta, ilość śmieci typu szkło i opuchnięta twarz. Nieco później przyspieszone starzenie wizualne, ryzyko wpadnięcia w alkoholizm i złe wyniki badań krwi gdy będziesz zmieniać robotę.



3) Pójście samemu na kurs tańca towarzyskiego

Mam na myśli taki, gdzie tańczy się style z Tańca z Gwiazdami. To kompletny bezsens i strata czasu na tym etapie życia, jeśli jesteś singlem, nie masz w perspektywie kilku wesel rocznie i właściwie to nie lubisz tańczyć. Regularne okazje do praktykowania tańca towarzyskiego znikają wraz z odebraniem dyplomu magisterskiego. Zresztą - gdyby taniec był twoją zajawką, zacząłbyś dużo wcześniej. A jeśli idziesz szukać tam dziewczyny, to dlaczego na zajęciach z dziedziny którą masz kompletnie w pompie? Miałby was połączyć ambiwalentny stosunek do tańca czy jak?

Lepiej zapisać się na coś bardziej wyspecjalizowanego - jak hip-hop, west coast swing czy bardzo popularne w ostatnich latach ruchanie w pionie zwane bachatą. Tam koncentrujesz się na jednym stylu i masz szansę faktycznie czegoś nauczyć, niżeli rozgrzebać 8 tematów naraz i ostatecznie żadnego nie zapamiętać. Na kursach specjalizowanych w dodatku faktycznie idzie poznać i poobracać fajne panny - w przeciwieństwie do ogólnego kursu, gdzie tylko marnujesz czas zgrywając Maseraka.



4) Spędzanie każdego weekendu aktywnie

Istnieje pewien moment w życiu albo zakres wiekowy tj. najczęściej 25-30, gdy ludzie od poniedziałku do piątku zapierdalają w pracach, a potem weekend w weekend zapierdalają po górach, na rowerach czy innych skałkach z podobnymi im sportowymi świrami. Poświęciłem temu zresztą osobny wpis. Do pewnego momentu jakoś to działa - obracanie się w towarzystwie pokrewnych jednostek pozwala dość skutecznie ignorować szalone tempo życia i narastające zmęczenie.
Konkretnie do momentu gdy organizm zacznie dopominać się o 8h spania, czy ogólnie statyczny wypoczynek. Zwykle poprzez jakieś spektakularne wydarzenie typu załamanie nerwowe czy zasłabnięcie na ulicy. Wtedy przychodzi moment otrzeźwienia i uświadomienia sobie, że tak się na dłuższą metę nie da żyć - neurony muszą czasem odpocząć od bodźców.



5) Podtrzymywanie wszystkich znajomości

W każdym tych słów znaczeniu. Część z nich umrze śmiercią naturalną, bo jedyne co was łączyło to studia. Jedni z czasem się odkleją z powodów wszelakich albo zaostrzą się ich negatywne cechy i zaczną was generalnie wkurwiać. Drudzy wyprowadzą się z miasta w którym studiowaliście za pracą lub założą rodziny (why not both). To znacznie zawęża grono znajomych z naszej perspektywy, ale nie każdego dotknie tak mocno. Przypomnij sobie najładniejsze dziewczyny i najbardziej wygadanych facetów. Ich ten problem nie dotyczy - ale za to dotyka inny!

Tym bardziej dynamicznym i rozchwytywanym nawet po studiach zostanie wciąż na tyle szerokie grono znajomych, że część z ich dawnych kontaktów pójdzie do odstrzału. Niczym marki Pontiac, Saturn i Hummer, gdy w 2009 roku zaraz po kryzysie finansowym koncern General Motors szukał oszczędności aby móc wyjść na plus i ciął wszystko co nierentowne. Tak samo Natalie i Filipy muszą ciąć swą długaśną listę kontaktów. Powód jest prozaiczny - ograniczone zasoby czasowe, które mogą przeznaczyć na spotykanie się ze znajomymi. 

Nieważne ile kosisz siana miesięcznie, twoja doba ma 24h. I właśnie dlatego niektórzy znajomi przestali odpowiadać na twoje wiadomości - to nie tak że obrazili się na ciebie. W warunkach post-studenckich, pracy na etat, małej ilości wolnego czasu i permanentnego zmęczenia, po prostu nie mieścisz się już w ich kalendarzu.



6) Odgrzewanie w nieskończoność studenckich klimatów 

Utrata zniżek po ukończeniu 26 r. ż. nie zamyka nikomu drzwi do dalszego uczestniczenia w życiu różnego rodzaju kół i zbiorowości studenckich. I nie dziwię się 27 i 28-latkom którzy wciąż pojawiają się w takich kręgach. Jednak mija parę kolejnych lat i do trybów tej machiny sypią się coraz grubsze ziarna piasku. Kolejni znajomi z dawnych lat się wykruszają, o nowych ludziach wiesz mało poza imieniem. I nie bardzo jest kiedy się dowiedzieć, bo widzicie się rzadko, a wasze życia zazębiają się tylko na parę weekendów w roku, na czas tych górskich wyjazdów - czy co tam robisz. 

Im dalej w ten las, tym bardziej na siłę jest uczestniczenie w takich zgrupowaniach, bo rzeczywistość i skład osobowy coraz mniej przypominają te ze starych dobrych czasów - twoich czasów. Ani się obejrzysz, a obudzisz się jako Steve Buscemi w pamiętnej kreacji z deskorolką i bluzą Music🗲Band. 

Unless jesteś tamtejszą legendą, o której opowiada się każdemu nowemu członkowi, a przy wieczornej alkoholizacji wspominasz po raz kolejny swój sławetny wykon czołówki do serialu Klan na rajdzie w maju 2017. Wtedy szkoda ci rezygnować po tylu latach, bo niby co teraz miałbyś ze sobą zrobić?


A co jest sens robić po 30-tce? Nie wiem.
Pomyślę i może coś wymyślę w kolejnym wpisie.


poniedziałek, 28 października 2024

Strzała za grosze - recenzja Kross Pulso 1.0 (2019)

Po 2 miesiącach od zakupu i 500 przejechanych kilometrach stwierdziłem, że mojemu nowemu dwukołowemu nabytkowi należy się drobna recenzja. Nawet i dla samego siebie - jako pamiątka z wczesnego etapu posiadania. To już mój trzeci Kross i podobnie jak pozostałe dwa, zostanie ze mną na długo.

Od przynajmniej wiosny 2023 chodził za mną rower typu fitness. Wprawdzie nie był mi szczególnie potrzebny, lecz po 13 latach użytkowania na co dzień poddanego wielu modyfikacjom MTB z kołami 26" czułem już znużenie przedmiotem i nosiło mnie by kupić coś nowego. Niekoniecznie nówkę ze sklepu, ale po prostu coś innego. Na ten moment przyszło czekać ponad rok czasu i dokładnie w moje urodziny stałem się posiadaczem Krossa Pulso 1.0 z roku modelowego 2019. 



Jako że nie jest to blog rowerowy, nie ma sensu wklejać specyfikacji którą chętni mogą przejrzeć sobie tutaj
Podam jednak kilka liczb, które większości czytelników coś powiedzą o tym sprzęcie;

  • Rama: 19"
  • Koła: 28"
  • Liczba biegów: 24 (3x8)
  • Waga: 11,5 kg

Coś ty za jeden?

Czym właściwie jest rower typu fitness? Zasadniczo jest to szosa z prostą kierownicą w miejsce baranka i zwykłymi manetkami typu MTB zamiast klamko-manetek stosowanych w kierownicy typu baranek. Jakie niesie to ze sobą zmiany względem roweru szosowego? 

Przede wszystkim - wygodniejszą pozycję i lepszą widoczność. Nie trzeba się tak mocno pochylać jak na baranku, co było dla mnie kluczowe. Po drugie - znacznie niższa cena. Klamko-manetki to jeden z najdroższych szosowych komponentów, w dodatku podatne na uszkodzenia w razie przewrócenia się roweru - lub człowieka na rowerze. Zwykłe manetki występują osobno - rozdzielają zmianę biegów od hamowania i nie wystają tak mocno z obrysu kierownicy jak szosowe zintegrowane.



Przystojniak

Mało kto zaprzeczy, że rower kupuje się oczami. Nie inaczej było w tym przypadku - przepyszna kolorystyka i spójność stylistyki totalnie mnie kupiły. Błyszczący czarny lakier i liczne akcenty w kolorze zieleni odblaskowej tworzą bardzo zgrany duet. Rama jest narysowana lekko, a całość nie wygląda budżetowo - mimo braku tarczówek czy fikuśnych dodatków. Pulso wygląda na szybki rower nawet gdy stoi i zdecydowanie jest fotogeniczny. Nieobecne są tu zgrzyty wizualne jak srebrne ramiona korby do czarnej ramy albo durne oszczędności jak tanie okrągłe chwyty zamiast ergonomicznych. Tak wyglądało Pulso 1.0 z roku 2018 i jego prezencja była lekko rozczarowująca. Na szczęście designerzy opamiętali się projektując następcę.



Lista opcji

Mój egzemplarz został przez pierwotnego właściciela doposażony w rogi do kierownicy PRO Anatomic Ergo i dwa koszyki na bidon z palety akcesoriów Kross. Oba dodatki dobrano ze smakiem i korespondują kolorystycznie z całością w taki sposób, że nawet najbardziej wybredni nie będą mieli się do czego przypierdolić. Rogi dają możliwość zmiany ułożenia rąk, a na prostej kierownicy jest mnóstwo miejsca. Zmieścił się dzwonek, licznik, mocna lampka i na upartego jeszcze by coś upchnął.



Jak to jeździ?

Oj szybko! Czuć różnicę wobec crossowego Evado, również na kołach 28". Dokładniej o 2 kg mniej i sztywny widelec. Pulso znakomicie przyspiesza - zachwyca lekkość rozpędzania i minimalny wysiłek potrzebny do trzymania 25 km/h. Osobiście najlepiej mi się jedzie z prędkością przelotową typu 27-28 km/h, gdy mam wpięte 2-kę z przodu, 5-kę z tyłu i wciąż zostaje zapas, by w razie potrzeby pojechać szybciej. Największą, trzecią tarczę z przodu używam właściwie tylko na zjazdach. Cieszy doskonała precyzja prowadzenia i jego niehisteryczna czułość dzięki prostej kierownicy. Bez zarzutu są również hamulce - mimo że to zwykłe V-brake, dają wystarczającą siłę hamowania. Rolę grać tutaj może waga jeźdźca - w tym przypadku niecałe 70 kg. 

W porównaniu z crossowym Evado, Pulso jest odczuwalnie krótsze i bardziej zwinne - mimo teoretycznie tej samej wielkości ramy. W mieście jest bardziej poręczny, łatwiej się nim zawracaRower zachęca do szybszej jazdy - można nim poszaleć, ale również czerpać sporo radości przy niższych prędkościach. Taki rowerowy odpowiednik Toyoty GT86, która pójdzie bokiem i przy 40 km/h.


Twarda sztuka

Póki co sypie się sam cukier, zatem pora zapytać - czy Pulso ma jakieś wady? Największym problemem który wytyka się fitnessom w testach i poradnikach, jest ich ogólna twardość. Wynika to z zastosowania aluminiowego widelca, który nie amortyzuje żadnych drgań (w odróżnieniu od droższego karbonowego). Tak, zgadza się - jest ogólnie twardo, ale byłem tego świadom. Pulso nie udaje, że jest uniwersalny - jego żywioł to asfalt. Przejedzie się nim również po szutrze, ale powoli i ze świadomością, że na każdym większym kamieniu będzie trzęsło wchoooy.

Można nieco to zniwelować dostosowując ciśnienie w oponach. Fabryczne opony Schwalbe Kojak są dość szerokie - mają aż 1,35", dzięki którym 4 bary otwierające dopuszczalny zakres wystarczają zupełnie do jazdy, bez negatywnego wpływu na osiągi.
5 barów to już odczuwalne straty na komforcie, a maksymalnych 6,5 nawet nie chcę sobie wyobrażać.

Jedno trzeba mieć na uwadze- fitness nie jest grand tourerem. Raz - w założeniach nigdy nie miał nim być, dwa - w mojej kolekcji jest nim i będzie Evado. Kross Pulso to bardziej medium tourer - idealny dla niego dystans to 50 km lub 3h jazdy. Żwawa przejażdżka latem po pracy lub nieduża trasa w najcieplejsze godziny słonecznego jesiennego dnia. Sprawdzi się też na dojazdy do pracy, lecz z racji slicków, raczej suchą porą roku.


Jeżdżąca zagadka

Inną wadą, choć bardziej ciekawostką, jest od groma tłumaczenia postronnym. Podjedziesz fitnessem do losowej grupy ludzi na rowerach i nikt nie wie co to jest. Szosowa rama w pakiecie z prostą kierownicą powoduje u ludzi critical error. Większość z rozpędu stwierdza że to gravel, mimo że fitness jest czymś dokładnie odwrotnym. Ot skrót myślowy - przecież jak chłop kupił rower w 2024, to musi być gravel (xD). No tak - innych nie ma, inne nie jadą. A to przecież całkowite przeciwieństwo graveli. Rower tani, prosty i niemodny.

Ślepa uliczka

I tym sposobem doszliśmy do najsmutniejszego akapitu. Nie da się już kupić nowego Krossa Pulso. Ani innego fitnessa w dobrych pieniądzach. Od początku istnienia była to nisza, która szybko została zasypana w okolicach 2021 przez gravele, wlewające się na rynek drzwiami, oknami i kominem. Dlatego niejako zostałem zmuszony do zakupu egzemplarza używanego - czego nie żałuję.

Na logikę nie idzie zrozumieć dlaczego fitnessy się nie przyjęły. Szybkość szosy bez jej drogich komponentów. Lepsza widoczność pomagająca w mieście. Niska waga i koszty eksploatacji, prostota konstrukcji i atrakcyjne ceny. Jak atrakcyjne? W momencie wejścia do sprzedaży, Pulso 1.0 z roku modelowego 2019 kosztowało między 1999 a 2199 zł. Dziś, 5 lat i 40% inflacji później, jest to cena śmieszna, wręcz z kategorii "czy na pewno chodzi o nowy sprzęt?" Za swój egzemplarz w stanie 9,5/10 i wspomnianymi dodatkami zapłaciłem 1500 zł.



Przyczyny katastrofy

Coś jednak zawiodło i mam przeczucie, że w praktyce ciężko było o klienta, którego interesują osiągi zbliżone do roweru szosowego, ale bardziej zależy mu na dobrej cenie niż szosiarskiej otoczce - notabene, mocno tracącej popularność pod koniec 2010s. Oraz jej najważniejszym trademarku, tj. baranku, który ma odróżniać cię od pospólstwa.

A może problem tkwił w tym, że celowano w świadomego odbiorcę, który samodzielnie przejrzał co jest dostępne na rynku i wiedział czego chce? Klienta którego dziś prawie już nie ma - w 2020s ludzie kierują się polecajkami znajomych, modnymi aktualnie markami czy rolkami z Instagrama - a nie własnymi potrzebami. Ewentualnie idą do sklepu i biorą co im handlowiec nawinie na uszy.

A co jeśli przeszkodą o dziwo była właśnie cena? Czyżby fitnessy były zbyt tanie, by klienci uwierzyli że są dobre? Szczególnie w czasach, kiedy coraz mniej liczyło się żeby kupić właściwie dopasowany do swych potrzeb sprzęt, a coraz bardziej aby wydać 6499 zł na rower z brązowymi bokami opon.

No trudno

Tego się już nie dowiem. Zostaje mi cieszyć się dobrym sprzętem pozyskanym w śmiesznej cenie. Pulso trafił w moje ręce z przebiegiem poniżej 1000 km. W 2 miesiące przejechałem ponad 500 i mam zamiar sukcesywnie nawijać kolejne, sunąc po dobrych asfaltach w słoneczne dni.

sobota, 5 października 2024

Czy millenialsi faktycznie podróżują bez sensu?

W bieżącym 2024 roku ten temat pojawiał się na różnych portalach, co zachęciło mnie do wzięcia go na warsztat po swojemu. Czy magazyny rządzone przez zgorzkniałych przedstawicieli pokolenia X mają rację? Czy millenialsi faktycznie podróżują bez sensu? Pytanie frapujące, odpowiedzi nieoczywiste. W największym skrócie, tak i nie. 

Przejdźmy się kolejno po zgromadzonych niżej hipotezach. Zaznaczam że wpis wycelowany jest w typowych podróżników spod herbów Instagram, Ryanair i TripAdvisor, gdzie jedzie (najczęściej leci) się w popularne miejscówki, a własna inwencja w plan podróży jest minimalna. UWAGA - to nie jest rant na zwykłych ludzi którzy jadą gdzieś na zasłużony zagraniczny urlop.

Kopiują innych, bo nie chcą czuć się gorsi

To jedno z bardziej nurtujących mnie pytań. Ile z tych osób jest szczerze zainteresowanych krajem do którego jadą, a ile jedzie tam tylko dlatego, bo znajomi już tam byli albo względnie łatwo upolować względnie tanie bilety na Skyscannerze? Mogę się tylko domyślać, bo nikt nie przyzna wprost że jest zewnątrz-sterowny i dana potrzeba została w nim wygenerowana przez dobrze opłacanych ludzi od reel-marketingu.

Próbują przekonać samych siebie, że wygrywają w życie 

Wiele wyjaśniać nie trzeba - wpada nowy wyjazd = dzieje się. Jest co wrzucić na stories i o czym opowiadać znajomym. Nowe zdjęcia na IG i magnesy na lodówce 170 cm. A czy faktycznie jest to równoznaczne z wygrywaniem w życie? Kwestia dyskusyjna.


Nie mają innych zainteresowań, więc podróżują.

Każdy facet który miał kiedyś konto na Tinderze, wie że nie istnieją kobiety które nie lubią podróżować. Każda Julka czy Paulina to fanka Netflixa i podróży. Zdjęcia z Cinque Terre, Barcelony, Amsterdamu. Te same ujęcia spod katedry w Mediolanie i wewnątrz Gallerii Vittorio Emanuele. Obowiązkowy aperol i pizza z rukolą. Ciężko nie ukisnąć nad sytuacją, że na przestrzeni raptem kilku lat, tak wiele osób jeździ w te same miejsca by zrobić sobie dokładnie takie same zdjęcia. Czy przyciągnęła je tam ciekawość danego kraju, czy pogoń za produktem, jak za najnowszym ajfonem? Nie wiem, ale się domyślam.

Galleria Vittorio Emanuele 

Wierzą że podróżowanie ich wzbogaca

Ten argument można usłyszeć lub przeczytać wielokrotnie, lecz bez szczególnego rozwinięcia. Nie dziwi mnie ten brak rozwinięcia, bo przeważnie go nie ma. Na czym właściwie polega to wzbogacanie? Niech ktoś mi wskaże, co dokładnie jest wzbogacającego w dajmy na to, wizycie we Włoszech w 2024 roku? 

W każdym większym polskim mieście potykamy się o włoskie knajpy, a wszelkie włoskie produkty są łatwo dostępne w najpopularniejszych sieciach handlowych. Podkreślane tyle razy zabytki sprowadzają się w większości do kościołów, które nie różnią się specjalnie od tych widywanych w Europie Środkowo-Wschodniej. Otwarte granice UE, globalizacja i ten sam krąg kulturowy nie czynią Italii jakimś bardzo odległym i egzotycznym krajem.

Sycylia i Fiat 500, duma włoskiej motoryzacji, produkowany w... Polsce

Ze swoich wizyt we Włoszech pamiętam głównie ogromne ilości skuterów i śmieci na ulicach. Pierwsze mało kogo interesuje, drugie mało kto chciałby zapamiętać. Oprócz niewątpliwie lepszej pogody, z trudem znajduję powody by kiedykolwiek wybrać się tam ponownie. Oczywiście destynacje turystyczne nie kończą się na Włoszech i nie każdy turysta jest NPC-Julką. Ale ten wpis nie jest o fanach bardziej wyszukanych podróży.

Takiego oblicza Włoch raczej nie wrzuca się na insta

Udają, że latanie jest wciąż tanie jak w 2019

Oczywiście że nie jest. Wszyscy wiemy dlaczego świat sprzed 2020 już nie istnieje. Podaż połączeń i samych lotów jest dziś wprawdzie podobna albo i większa, tyle że wszystko stało się drogie. Ci których stać, mają wyjebane i na koszty nie patrzą. Ci których niezbyt stać, zaciskają zęby, biorą nadgodziny i płacą - żeby ktoś ze znajomych nie pomyślał że są biedni.

Insta hype vs rzeczywistość

Jakoś tak głupio siedzieć na dupie, gdy inni ciągle jeżdżą. Szczególnie kobiety mają tendencję do odhaczania kolejnych krajów, grając w durne czelendże typu "30 krajów przez 30-tką". Trendujące aktualnie reelsy tworzą hype i nagłe skoki popytu na daną lokalizację. Następnie laski cisną chłopów, bo inne znajome były w tym roku już tu i tam. No to dobra - bierzesz tydzień urlopu, znajdujesz połączenie Ryanairem lekko poniżej progu bólu cenowego. Potem rezerwujesz nocleg na bookingu z oceną przynajmniej 7/10 i jazda na tą Maderę. 

Parkowanie na Maderze

Po dotarciu na miejsce okazuje się, że odtworzenie niektórych kadrów czy ogólnie zwiedzanie, wymaga nieraz sporego wysiłku fizycznego by dostać się do wymarzonej lokacji. Efekt jest zwykle przewidywalny i komiczny - obrażona laska i zmęczony facet, niosący na plecach ekwipunek obojga. Obrażona, bo chciała tylko pooglądać ładne miejsca i porobić fotki, a nie wysilać się, tj. chodzić dziennie po 15 km mając na nogach Superstary - zamiast choćby podstawowych trekkingów. Sorry bejbe, ale research był po twojej stronie.

To raczej nie strój trekkingowy

Ucieczka od rozczarowującej codzienności

Millenialsi w trakcie starannie odmierzonych dni urlopu, swoimi podróżami uciekają przed; 

  • Rutyną - oglądaniem w kółko tych samych korpomord i scenerii. Do pewnego stopnia ratuje przed tym praca zdalna, ale wówczas zamieniamy korpo team na... nikogo, ewentualnie zwierzaka. Rutyna biurowa czy domowa, w nadmiarze daje popalić.

  • Samotnością - plagą XXI wieku, którą single najbardziej odczuwają w weekendy spędzane w domu. Te gdy akurat z nikim nie ustawiają się na mieście, a mieszkanie jest względnie posprzątane. Problem na chwilę znika gdy udadzą się na citybreaka.

  • Frustracją - nad rynkiem matrymonialnym, mieszkaniowym bądź innym równie palącym dla danej jednostki czynnikiem. W podróży jest się zajętym nowymi widokami, ogarnianiem gdzie iść i co zjeść. Następuje przerwa od zamartwiania się o kolejne wzrosty cen nieruchów czy wymagań kobiet z aplikacji randkowych.

  • Obrzydliwym krajobrazem polskich miast 
Sorry not sorry, ale nikt nie przekona mnie, że polskie miasta są ładne. Poza historycznym centrum i nowymi dzielnicami premium w miastach wojewódzkich typu Top 5, to zazwyczaj miks PRL-owskich bloków, kostki brukowej, reklamozy i patodeweloperki. A cały ten wesoły anturaż przez 6 miesięcy w roku jest skąpany w 50 odcieniach szarości. 
Mniejsze miasta to już istny gwałt estetyczny. Byliście kiedyś w Busku-Zdroju albo Zgierzu? Ja byłem i nie chcę tego powtarzać. Gdybym odwiedził któreś z nich w listopadzie, od razu pojechałbym do najbliższej Castoramy po sznur. 

Obrzeża Zgierza, cywilizacji rubieża

niedziela, 1 września 2024

To oficjalne. Kraków stał się Warszawą 2.0

Lat temu równych 10, różnice między Krakowem a Warszawą były wyraźne i oczywiste. Właśnie 2014 rok to moja pierwsza wizyta w Warszawie celem jej zwiedzania. Śródmieście z nowymi drapaczami chmur, słynny wówczas Plac Zbawiciela, ogromne Łazienki Królewskie. Wypatrywanie supersamochodów w rejonie Placu 3 Krzyży, przechadzanie się po urokliwej Saskiej Kępie, zastanawiając się czy w którejś z knajpek nie siedzi właśnie Marta Żmuda-Trzebiatowska. Szukanie wzrokiem miejscówek znanych z telewizora i chłonięcie atmosfery Polski A, którą widzieliśmy w TVN.

Na ówczesnym, niespełna 22-letnim mnie zrobiło to wrażenie. Warszawa była diametralnie inna od Krakowa - bogatsza i nowocześniejsza, bardziej szklana i światowa. Także bardziej zatłoczona i brudna. Czy to samo można powiedzieć dzisiaj, 10 lat później? Nie. Ni chuja. Już nieaktualne. Oto argumenty dlaczego.


Biurowce wszędzie

Przez ostatnich 10 lat obydwa miasta obrosły w kolejne dziesiątki tysięcy m2 powierzchni biurowej. W Krakowie panuje dość konsekwentna tradycja stawiania biurowców przy dwupasmówce, dużym skrzyżowaniu i najlepiej tramwaju w pakiecie. Najbardziej pożądane biurowce to te które posiadają ostatni element i znajdują się w miarę blisko centrum. Fabryczna Office i High 5ive to teraz najgorętsze adresy na rynku wynajmu biur, a ukończone w połowie zeszłej dekady Bonarka czy Quattro, popadły w niełaskę i pustoszeją w błyskawicznym tempie.



Ale starczy tej dygresji - zmierzam do tego, że dekadę temu budowa nowego kompleksu biurowego była w Krakowie wydarzeniem. Odnotowanym, komentowanym. Dzisiaj jest ich tyle, że nie idzie spamiętać ich nazw, czy ogarniać która z nich przestała być cool, a kolejna BIG FINANCIAL INSTITUTION właśnie wywozi stamtąd swoje Thinkpady. Kraków najwidoczniej osiągnął już nasycenie biurami na miarę Warszawy, skoro kolejne jeszcze niedawno pożądane biznes parki zaczynają świecić pustkami.

Jazgot leasingu

Od mniej więcej roku 2019 ulice w pobliżu kazimierskich knajp zamieniły się w rezerwat kilku modeli aut, którym nie brakuje mocy, lecz powody zakupu podpisania umowy leasingowej były zupełnie inne. Krzykliwy wygląd i głośny wydech to cechy znacznie bardziej pożądane niż cokolwiek innego. Liczy się stosunek raty do lansu, a w tym Ford Mustang, BMW M2, Mercedes A45 AMG, Audi RS3 i VW Golf GTI nie mają sobie równych. Dlaczego akurat te modele? Czasy przystępnych cenowo coupe przeminęły, SUV-y marek premium są za drogie, więc typowy względnie dorobiony 34-letni Patryk, właściciel 2 barberowni i 6 tatuaży, kieruje się po któryś z tych modeli. 



Dodatkowe punkty wpadają za jaskrawy kolor i popcorn-mode (dźwięk przy ujmowaniu gazu przypominający odtykanie zlewu). Detale techniczne już nikogo nie obchodzą - Mustang z silnikiem 2.3 R4 pod maską wygląda tak samo jak z 5.0 V8, a sygnowane AMG mniejsze Mercedesy od dawna napędza silnik 2.0 - tej samej wielkości co Mondeo z dieslem waszych rodziców. 4-cylindrowe silniki oznaczają, że producenci nie mieli jak wykrzesać z nich interesującego dźwięku, więc zastąpili go buczeniem przy ostrym przyspieszaniu i pierdzeniem przy zmianie biegów.

 
Jako umiarkowanie młody człowiek, pamiętający lepsze czasy w motoryzacji, darzę te odgłosy niesłabnącą i serdeczną nienawiścią. Na moje i prawdopodobnie wasze nieszczęście, dokładnie te odgłosy upodobali sobie ich właściciele, sądząc że dając w palnik na dwupasmówce czy prostej o długości 60m pomiędzy blokami o godzinie 23, dowodzą swojej ważności w społeczeństwie. Jako fan motoryzacji byłbym skłonny przymknąć na to oko, gdyby wspomniany hałas pochodził z silnika V8 czy R6, a nie doładowanego kartonu soku z aftermarketowym układem wydechowym, który kosztował tyle co ajfon pro max. Dziwnym trafem, właściciele autentycznie drogich samochodów z dużymi i mocnymi silnikami (nie dotyczy Lamborghini), rzadko deptają mocno gaz na terenie miasta. Oni o uwagę innych uczestników ruchu walczyć nie muszą.


Absurdalne ceny nieruchomości

Pamiętam gdy około 2019 roku kwoty dobijające do 10k zł za m2 mieszkania w Warszawie, były czymś oburzającym - oderwanym od rzeczywistości cenowej w pozostałych miastach wojewódzkich. Dziś - 5 lat, 40% inflacji i 2 skoki popytu na kurniki później, taka cena w Krakowie jest okazją życia, ewentualnie wyceną za ruderę do generalnego remontu 15 km od centrum. Sam Kraków w ostatnich 2 latach pobił wszelkie rekordy wzrostów cen, procentowo zawstydzając nawet Warszawę, co jest w mojej ocenie czymś niepojętym. Czy wąchanie smogu tkwienie w korkach 3x w tygodniu (hybryda 2 dni z domu to nowa zdalna) i pójście w weekend na pizzę neapolitanę + aperola do generycznej knajpy z industrialnym wystrojem serio jest warte aż tyle? 

Rok temu jeszcze bym zrozumiał, gdy w pracy można było przebierać. Obecny kryzys poddaje w wątpliwość, za co właściwie żąda się tak kosmicznych pieniędzy. Miasto znane z betonu i niedasizmu, dotąd broniło się ofertą uniwersytecką i rynkiem pracy, złożonym głównie z rzekomo niezatapialnego IT. Tenże rynek pracy IT, w niecałe 2 kwartały złożył się niczym mokry karton. Wejście AI, koszty pracy, cięcia pocovidowe, bla bla bla. Może i liczba ofert pracy spadła, za to stawki również. Czy w jakikolwiek sposób wpłynęło to na ceny mieszkań, tj ich spadek? Ależ skąd. Wszystko z krakowskim kodem pocztowym niezmiennie kosztuje pojebane pieniądze, bez względu na odległość od cywilizacji, otaczającą infrastrukturę (a raczej brak), dostępną komunikację miejską czy stopień betonozy dookoła. 

Jak Avia, tylko 2x niższa i 3x droższa

Najbardziej irytują mnie bezspornie patologiczne sytuacje, gdy mieszkanie na Avii nabyte w procesie zakupowym krótszym od wyboru nowego smartfona, w 10 lat zyskało na wartości prawie 3-krotnie - jednocześnie nie tracąc nic ze swoich pierwotnych wad. Tymczasem, znacznie lepsze pod każdym względem mieszkania kosztują... praktycznie tyle samo. Logika zniknęła z krakowskiego rynku już dawno, liczy się tylko rzucanie kolejnych bierwion popytu do gorejącego ogniska. 

Mieszkanie w Krakowie stało się trofeum dla wszystkich jak leci - znudzonych inwestorów z wolnych zawodów, wschodnich oligarchów bujających się po Zabłociu, skandynawskich funduszy inwestycyjnych, właścicieli januszexów z Podkarpacia + ich bananowych dzieci. Dopiero gdzieś na końcu tej utuczonej pieniędzmi kolejki, lepiej zarabiający millenialsi odświeżają OLX i strony deweloperów w dniu otwarcia sprzedaży, usiłując wyczołgać się z wsysającej ich coraz mocniej perspektywy wiecznego wynajmu.

Koszty życia w mieście

W połowie 2010s, ogólna liczba studentów w Polsce nie należała do najniższych. Zostając w 2014 roku, mieliśmy na studiach przeważnie roczniki 1990-95, a więc stosunkowo liczne na tle tych bliżej roku 2000. Reforma zmieniająca sposób finansowania uczelni (ucinająca logikę im więcej studentów, tym więcej kasy) weszła w 2017 roku, a więc dopiero dla rocznika 1998. Do czego jednak zmierzam? Że mimo znacznej liczby studentów, nie słyszało się wtedy głosów o tym, by Kraków był specjalnie drogim miejscem do studiowania. Pokoje chodziły po 500-800 zł, a kogo nie było stać, mógł ubiegać się o akademik i przeważnie mu się udawało. Wszak były to jeszcze czasy przed-ukraińskie - notabene, ostatni taki rok.

Przenosimy się o 10 lat naprzód i mamy co? Ceny nieruchomości w stratosferze, rosnących jak grzyby po deszczu flipperów i oligarchów mieszkaniowych (zazwyczaj lekarz specjalista w średnim wieku, z dochodem typu 30-40k zł/msc, lokujący roczne oszczędności w nieruchach), bliżej nieokreśloną liczbę Ukraińców dostających pierwszeństwo do akademików i coraz liczniejszych Hindusów zrelokowanych przez korporacje szukające oszczędności. Gdybym zaczął czytać od tego akapitu, byłbym przekonany że chodzi o Warszawę. A na to wszystko wjeżdża skumulowana inflacja z lat 2019-2023 dobijająca do 40% i galopujące ceny energii, co skutkuje kwotą za wynajem pokoju w 2024 na poziomie 1300-1500 zł. Ponad 1k zł za  P O K Ó J  w Krakowie. Grzegorz Turnau przewraca się w gr... a nie, czekaj.

Czy rodzicom studentów pensje wzrosły o 100% przez tych 10 lat, odpowiedzieć możecie sobie sami. To już nie jest miasto w którym można względnie łatwo zacząć. Jeśli mieszkacie na wiosce w województwie gdzie tablice rejestracyjne zaczynają się na R lub T, a wasi starzy nie mają fabryki materacy lub przynajmniej składu materiałów budowlanych, prawdopodobnie będziecie musieli pracować żeby w ogóle móc się tu utrzymać i studiować. O akademikach zapomnijcie - po 2015 a zwłaszcza lutym 2022, nie dla Polaka to. Dla Saszki i Volodii - da.

"Czaskoski" 2.0

Wiosną 2024 doszło do wyczekiwanej zmiany na stołku prezydenta miasta Krakowa. Jacek Majchrowski po 22 latach brania łapówek od deweloperów  rządzenia miastem, zrobił się finalnie za stary by dalej sprawować tę funkcję. W drugiej turze z minimalną przewagą wygrał Aleksander Miszalski z KO pokonując Łukasza Gibałę. Wprawdzie od wyborów minęło relatywnie mało czasu i nowy relatywnie przystojny prezydent nie zdążył jeszcze zbyt wiele zrobić, spory % mieszkańców ma obawy, że przynależność partyjna nowego prezydenta zwiastuje nam w mieście silny zwrot pro-europejski ze wszystkimi tego konsekwencjami. 

Mam tu na myśli szeroko pojęty eko-zamordyzm z jego flagowym produktem - Strefą Wolną od Biedoty Czystego Transportu, której nadrzędnym celem jest walka z prywatnym transportem samochodowym pod wyświechtanym płaszczykiem ekologii. W chwili pisania tego tekstu, mieszkańcy mogą cieszyć się tymczasowym zwycięstwem w postaci styczniowego wyroku WSA uchylającego SCT w pierwotnie planowanej formie, lecz finalne losy sprawy pozostają nieznane. 

Wracając do tytułu akapitu - trudno nie dostrzec wizualnych i światopoglądowych podobieństw do aktualnie urzędującego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, który swoją skądinąd niebrzydką facjatą zdobył serca głosy kur domowych i tym samym otrzymał zielone światło do wprowadzania w stolicy kolejnych podpunktów Agendy 2030.



Mokotów 2.0

Skoro mamy już Warszawa-jak prezydenta, warto zauważyć że przez ostatnie lata dorobiliśmy się odpowiednika jednej ze stołecznych dzielnic - Mokotowa. Zlokalizowane dość blisko centrum nowe budownictwo wrzucone gdzieś obok PRL-owskich osiedli. Raczej wysoki standard budynków i równie wysoki poziom cen przyciąga mieszkańców, którzy w tym mieście są kimś lub do bycia kimś aspirują. Menedżerowie i przedstawiciele wolnych zawodów mieszają się z bananami i instagramiarzami. Nowoczesne biurowce w miejscu wyburzonego dziado-przemysłu. Zieleń urządzona aż do przesady, promieniująca klimatem z wizualizacji deweloperskich. Pośród tego wszystkiego grasują Porsche i Toyoty w odcieniach szarości. 

Poznajecie już? Tak, to Grzegórzki - a szczególnie Grzegórzki Wschód i Dąbie. Druga dekada XXI wieku to okres całkowitej przemiany tych okolic. Po dawnych zakładach Zieleniewskiego nie ma już śladu, a kolejne etapy Wiślanych Tarasów udowadniają że ten sam widok na rzekę można sprzedać kilka razy. Nabywcy wcześniejszych etapów które nie nacieszyły się tą scenerią zbyt długo, mogą sobie syczeć z wściekłości zza swoich oprawek Tommy Hilfiger - i tak nic nie zrobią (jak na memie o klasie średniej). Przyczyna jest prozaiczna - oprócz zabetonowanego do granic wyporności gruntu i umiarkowanie polskojęzycznego Zabłocia, nie ma w tym mieście bardziej pożądanej dzielnicy do mieszkania. Rozmach inwestycji (zwłaszcza tzw. etapu 2.0) zostawia daleko w tyle większość podobnych osiedli, zachowując poziom betonozy nie odbiegający zbytnio od krakowskich standardów.   



Jedno co trzeba oddać deweloperom, to zaoferowanie odczuwalnie wyższego poziomu wizualnego budynków. Przynajmniej na tle trzaskanych masowo w Krakowie bloków z lanego betonu, o aparycji wielkiej płyty po grubym liftingu. Niestety Grzegórzki nie mogą się pochwalić taką ilością zieleni jak Mokotów - mieszkańcom pozostaje spacer nad Wisłą i wzdychanie do ostatecznego zwycięzcy walki o widok na rzekę - apartamentowca Pianissimo. 

"Kolorowi" na ulicach

Zjawisko bardzo świeże. Jeszcze w 2022 roku spotkanie Hindusa na ulicy było wydarzeniem, a dzisiaj niemalże się o nich potykam. Wysypało ich nagle i hurtowo, niczym sprowadzonych Audi A4 B6 wiosną 2015 roku. Trudno wskazać jedną przyczynę, prawdopodobnie są to po części wspomniane wcześniej korporacje, chętne ich zatrudniać w Polsce ze względów a jakże, finansowych. Nie byłoby to możliwe bez zielonego światła ze strony rządu na hurtowe wydawanie wiz dla obywateli Indii. Tutaj warto nadmienić, że chodzi o partię rządzącą w latach 2015-2023; rzekomo konserwatywną i reklamującą się niegdyś anty-imigranckimi hasłami. Swoje dokłada Uber/Uber Eats, który stanowi dla niejednego Rakesha punkt wyjścia, niczym przed laty szklarnia w Holandii dla Polaka. Praca niewymagająca znajomości lokalnego języka nie będzie zajęciem wysokich lotów, ale wypłatę dostarczy.

Drugie skrzypce tego akapity grają murzyni osoby pigmento-pozytywne. Niby żadna sensacja od dobrych 15 lat, ale ciężko nie odnieść wrażenia że jakoś ich ostatnio więcej.  I to nie tylko w centrum i okolicach biurowców, ale też nad Wisłą, w parkach itp, bawiąc dzieci o kolorze skóry najczęściej typu R&B. Jak to się ma do skąpanego w prowincjonalnej mgiełce, artystyczno-akademickiego Krakowa sprzed kilkunastu lat? Ano kurwa nijak. Kiedyś na Brackiej padał deszcz, jutro może na jej bruku leżeć... a dobra, nieważne...



Spełniłem dziennikarskie marzenie. Dorwałem Gen Z i wypytałem jakie naprawdę jest ich pokolenie.

Zeszłego lata czyli już kawał czasu temu, udało mi się spełnić niewielkie dziennikarskie marzenie. W trakcie niejednej rozmowy towarzyskiej ...